Atak paniki, czyli chyba byłem na innym filmie

Z każdej strony dopadają mnie zachwyty nad nowym, polskim filmem „Atak paniki”. Widziałem go cztery miesiące temu na gdyńskim festiwalu. I wtedy postanowiłem coś o nim napisać.

Jak pomyślałem, tak zrobiłem – moje odczucia najpierw przelałem na fejsowy status, a teraz dorzucam tu. Po drobnej redakcji. No to po kolei.

O czym jest ten film? Tak dokładnie to nadal nie wiem (o tym za chwilę), ale w skrócie – to zbiór krótkich, zabawnych (o tym też za chwilę) historyjek, które gdzieś tam się przeplatają. A ich wspólnym mianownikiem jest tytułowy atak paniki (o którym też za chwilę).

Co zachwyca? Bardzo fajny montaż, doskonałe aktorstwo, rewelacyjna muzyka, żwawe i lekkie dialogi. Chodzi jednak o to, aby te plusy nie przysłoniły nam minusów. Dla jasności – gdy już pójdziesz na ten film, to zapewne Ci się spodoba i będziesz się gromko śmiać (jak większość widowni). I może nawet Cię zachwyci, bo jak nie zachwyca, skoro zachwyca. W takim wypadku trudno – mogę żyć z łatką malkontenta, który nie docenił dzieła.

Co mi zatem odebrało radość z seansu? No cóż, trochę tego było. Aha, postaram się nie dawać spoilerów, ale jakieś szczątki fabuły muszę opisać. Niemniej największych zwrotów akcji nie będę opisywać. Głównie dlatego, że nie ma ich zbyt wiele.

Film zaczyna się bardzo plastycznym obrazem krwi i fragmentów czaszki oraz mózgu spływających po ścianie. Jeśli pamiętacie reakcję Julesa z „Pulp Fiction” na konieczność zbierania takich rzeczy z tylnego siedzenia samochodu, to możecie domyślać się, jak ja się czułem. Obrzydzenie. Dobrze, że nie byłem po sutym obiedzie, gdyż mogłoby to skończyć się źle. Aha, w pewnym momencie filmu widać też wymioty, więc wrażliwi – miejcie się na baczności.

Ponownie – o czym jest ten film? Nie wiem. Przesłania w nim większego nie było (poza tym, że narkotyki to zło – przynajmniej dla nieletnich). Wyraźnych bohaterów – może dwójka. Cała reszta nie miała większych wyzwań, nie poznaliśmy ich dobrze, nie przedstawiono nam ich motywacji ani nie zmienili się w trakcie opowieści. Facet, który na początku był pierdołą, pozostaje nim do końca (a potem dowiadujemy się, że pierdołowatość miał w sobie jeszcze wcześniej). Nie wiem, może ciężko jest mi się identyfikować z którymkolwiek z nich.

Same zaś historie – bardzo miałkie. Jedna (w samolocie) strasznie slapstickowa, w stylu prawie Jasia Fasoli. Dwie chyba tylko po to, aby spiąć pozostałe (dzieciaki i wesele). I do tego jeszcze trzy, z czego dwie nawet przyjemne. Ale nadal: nie porwały. Bez głębi, bez przesłania. No, chyba że uniwersalnym przesłaniem ma tu być „tacy jesteśmy, to my Polacy” i generalnie całe to przeglądanie się w lustrze oraz dostawanie w pysk cytatem „z siebie się śmiejecie”. Tylko że nie. Wiem, że zapewne żyję w jakiejś hiperradosnej bańce, ale ludzie w moim otoczeniu tacy nie są. Może inni, ta mityczna klasa średnia lub legendarni millenialsi?

A skoro już o historiach mowa: zaintrygowała mnie reakcja ludzi na jedną z nich. W skrócie: bohater to chłopak w pewien sposób uzależniony od gry komputerowej, przez co między innymi nie może dogadać się ze swoją matką. Odzywa się do niej w sposób pełen przemocy. Widownia pokłada się ze śmiechu, a zwłaszcza przy każdej soczystej „kurwie”. Serio? Dla mnie pierwsza scena tych bohaterów (pyskówka w domu) była raczej smutna, ale może nie mam poczucia humoru.

Kolejną ciekawostką jest to, że ów film dzieje się w czymś, co można nazwać „uniwersum polskich filmów”. A więc świecie, który może nie do końca jest realny, ale ma sporo punktów stycznych z wyobrażeniem widza o tym, jak świat wygląda. Można w tym uniwersum wnieść na pokład samolotu piersiówkę z własnym alkoholem. Pracodawca dla swoich pracowników jest bucem i tyranem, który mobbing stosuje zamiast przywitania. A jak trzeba, to nawet skopie swojego pracownika – bo przecież może. To świat, w którym matka mówi do syna „znalazłbyś sobie normalną pracę”, podczas gdy syn jest kelnerem. Bo wiecie – bycie kelnerem to nie jest normalna praca i generalnie trochę siara przed ludźmi (nie, bohaterka która mówi o „normalnej pracy” nie jest jakąś snobką).

No i na deser zostaje tytuł. Tak jak pisałem – każdy z głównych bohaterów w pewnym momencie, dociśnięty do ściany przez życie, przeżywa atak paniki. Tylko że taki atak – o ile dobrze kojarzę – wygląda nieco inaczej. I jest dość strasznym przeżyciem, zarówno dla cierpiącego, jak i otoczenia, co dość ogranicza możliwość robienia o nim komedii. Bohaterowie przeżyli chwile strachu, nerwów albo byli nieziemsko zjarani. Nazywanie tego atakiem paniki to trochę tak, jakby film o jesiennym obniżeniu nastroju nazywać depresją.

„Atak paniki” to dla mnie podobny case co „To własnie miłość”. Fajny i przyjemny film, na którym możesz się dobrze bawić, dopóki nie zaczniesz się zastanawiać nad tym, co własnie oglądasz. Realizacyjnie – fajny. W treści – miałki. Ale ludziom się podoba, więc zapewne od stycznia będzie bił rekordy kasowe. I fajnie, jak zarobi, to może jego twórcy zrobią kolejny film – a ten zachwyci i mnie. Opcja numer dwa jest taka, że nie zrozumiałem jakiegoś skomplikowanego przesłania tego obrazu, ale wtedy mam nadzieję, że następny będzie dla mnie przystępniejszy.

Tym razem zaśmiałem się dwa, może trzy razy. Na blisko sto minut filmu – nieco mało. I niech to będzie moją oceną „Ataku paniki”. Ale wiecie, ja szedłem z nastawieniem, że to będzie komedia. Wy już wiecie, że to komedią nie jest. Pójdźcie na to jak na tragifarsę. Jak na przegląd naszych wad narodowych, o których filmy zawsze zachwycają. To zapewne będziecie bawić się lepiej ode mnie.

Albo jeśli bawią cię lecące z ekranu „kurwy”.

Jeśli podobał Ci się ten tekst, polub mnie na Facebooku!