“Jest dobrze, a będzie coraz lepiej” – rozmowa z Idą Aleksandrą Mokwą

Pierwszy pomysł na tę rozmowę padł przed czterema laty, ale jakoś się rozmył – i do dziś nie jesteśmy w stanie ustalić, kto na czyjego maila nie odpisał. Dzięki tej zwłoce, gdy już się spotkaliśmy, mogliśmy porozmawiać nie tylko o Blog Forum Gdańsk, ale też o wychodzeniu z depresji czy o tym, jak zmienia się polska blogosfera. Przed wami pani od blogów, twarz najlepszej konferencji blogowej – Ida Aleksandra Mokwa.

Kim jesteś, pani Idu?

Jestem taką zwykłą, przeciętną osobą która chodzi na ósmą do pracy, o szesnastej z tej pracy wraca, czasami jest bardzo szczęśliwa, czasami trochę mniej, choć to się ostatnio mocno zmieniło. I jestem osobą, która lubi pisać, ale ostatnio, z braku czasu nieco zaniedbała blogowanie.

Tylko czas nie pozwala ci pisać, czy w pewnym momecie straciłaś serce do blogowania?

Były takie momenty, kiedy traciłam serce, ale chyba żaden z nich nie był na tle decydujący, bym straciła je całkowicie. Problemem jest chyba to, że moja wena nie posiada cierpliwości. Więc gdy przychodzi mi pomysł na jakiś tekst, to ja tak naprawdę powinnam usiąść i go napisać. Nie dla mnie jest robienie notatek i spisywanie tego w wolnej chwili. Ja muszę pisać tu i teraz, dlatego zdarzało mi się pisać teksty w pociągu na kolanie. Drugi problem jest taki, że ostatnio zaangażowałam się w różne projekty, które sprawiły, że po powrocie z pracy zajmowałam się rzeczami związanymi ze start-upami, mentoringiem, to była dla mnie zupełnie nowa rzecz. Potem zaczęłam wykładać na Uniwersytecie Gdańskim – przygotowywanie się do zajęć ze studentami, prowadzenie tych zajęć też konsumowało mój czas. A gdzieś w tym wszystkim potrzebowałam też czasu na odpoczynek – poczytanie, pooglądanie, pospanie… Trochę też jest tak, że obowiązki zawodowe powodują, że czasem mam ochotę wieczorami już nie włączać komputera, nie patrzeć w monitor, pobyć w tym słynnym “tu i teraz”.  Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze to, że coś się tak w świecie pomieszało, że coraz więcej czasu w necie musimy spędzać na ocenianiu co jest fakenewsem, a co prawdą oraz na grząskich dyskusjach z ludźmi. Chodzi mi o te momenty, gdy czytasz czyjeś opinie na dany temat, wiesz, że są pozbawione sensu i racji i co gorsza wiesz, że nie przekonasz, że nie ma sensu dyskutować…

Ale czy w dyskusji chodzi o to, aby przekonać drugą stronę?

Nie na tym teoretycznie polega dyskusja, ale zauważ, że większość dyskusji na tym się kończy. Wymiana argumentów dwóch stron sporu jest tylko do pewnego momentu, ale w pewnej chwili zaczyna się robić krwawa jatka – kto wygra, kto kogo przekona. A jeśli nawet nie przekona, to kto będzie zabawniejszy, kto komu bardziej dowalii. To nie ma sensu. Ja mam tego pod dostatkiem w pracy, zajmując się mediami społecznościowymi miasta i borykając się ostatnio np. z ogólnie nazwanym “problemem uchodźców”. Widzę tam, jak bezsensowne i bezzasadne są dyskusje z hejterami, którzy przychodzą na nasz profil pod każdą informację dotyczącą w jakikolwiek sposób imigrantów lub uchodźców. To może być nawet informacja o tym, że na Okopowej pod estakadą powstał mural – oko z serduszkiem w źrenicy i w sześciu językach obcych jest napis “otwórz oczy”. Po polsku, hiszpańsku, rosyjsku i też po arabsku. Ja nie odbieram go prouchodźczo, natomiast to, co się dzieje pod naszym postem o powstawaniu tego muralu, ten dramatyczny poziom agresji – to mnie przyprawia o hercklekot. A co więcej – dyskusja z ludźmi, którzy wykrzykują nam, że chcemy sprowadzać islamistów do miasta, nie ma sensu na poziomie merytorycznym. Bo jakiegokolwiek argumentu się nie użyje, to oni i tak odbiją piłeczkę po swojemu. Jakiś czas temu próbowaliśmy wytłumaczyć, że Uniwersytet Gdański zrobił badania pokazujące, że bodaj 30% gdańszczan definitywnie nie chce uchodźców w Gdańsku. Cała reszta albo nie ma zdania, albo jest im to obojętne. Najsilniejszą grupą są ci, którzy chcą przyjąć uchodźców, ale tylko do czasu, kiedy będą mogli wrócić do siebie. W odpowiedzi dowiedzieliśmy się, że te badania były z pewnością ustawione, bo zrobiliśmy je na paradzie równości, stąd taki wynik. I nie przekonasz, że to nie my je robiliśmy, tylko uniwersytet, na próbie reprezentatywnej – ci ludzie nawet nie wiedzą, co to jest, ale będą dyskutować, że poprosiliśmy znajomych o wypełnienie dziesięciu ankiet i wyszło nam, że sto procent osób chce w Gdańsku uchodźców. Takie dyskusje nie mają sensu, bo to jest próba dotarcia do kogoś, kto i tak jest nieprzekonywalny.

A to nie jest tak, że zamiast próbować podejmować dyskusję przynajmniej z tymi umiarkowanymi osobami po różnych stronach barykady, zamykamy się w naszych bańkach i to jest cholerna stagnacja?

Być może, ale żeby nie zamykać się w bańce w otoczeniu ludzi myślących podobnie, to musiałby w Polsce istnieć jakiś poziom kulturalnej dyskusji. A jak on ma istnieć, skoro nawet na bardzo wysokim szczeblu politycznym, pośród elit intelektualnych, te dyskusje często pozostawiają wiele do życzenia?

Odechciewa się?

Trochę tak. Chociaż ja mam w sobie wciąż płomyk nadziei, że z każdym można się jakoś dogadać i to Internet powoduje, że dyskusje bywają tak często “poniżej krytyki”.

Co wykładasz na uniwersytecie?

Wykładam na dwóch wydziałach. Na Wydziale Ekonomicznym marketing w mediach społecznościowych, a na Wydziale Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej wykładam przedmiot “Blogosfera a dziennikarstwo”. Nowy przedmiot, funkcjonuje dopiero od tego roku.

Czyli jesteś blogerką, która przestała pisać i osobą która czuje się nieco zmęczona mediami społecznościowymi, a jednocześnie uczysz innych o mediach społecznościowych i blogowaniu?

Może to właśnie dlatego? Może za dużo się zajmuje tym wszystkim zawodowo i wieczorami nie chce mi się pisać bloga czy statusów na fejsie. (śmiech)

Twoje teksty były bardzo fajne.

Dziękuję.

Ale to wiesz, bo to wiele osób mówiło.

Jestem strasznym krytykiem, jeśli chodzi o własną pracę, więc nigdy nie powiem o tym co robię, że jest dobre. Jestem najwyżej umiarkowanie zadowolona, ale nigdy bym nie powiedziała, że np. z któregoś tekstu jestem wybitnie dumna i że nic bym w nim nie poprawiła. Zawsze wiem, że mogłoby być lepiej. Ale pisanie w dalszym ciągu sprawia mi przyjemność, dlatego chcąc znaleźć sobie miejsce w internecie, gdzie mogłabym kompulsywnie pisać, gdy mam czas i ochotę, bez patrzenia na statystyki, zasięgi czy liczbę czytelników, tylko dla siebie, postanowiłam założyć sobie konto na Medium. Na razie zamieściłam tam jeden tekst, chcę napisać drugi dotyczący kwestii uchodźców – nie tyle tego, czy ich wpuszczać czy nie, ale wyrażający zaniepokojenie ilością nienawiści, jaka się generuje względem tych ludzi i jak bardzo się ich stereotypizuje i stygmatyzuje. Świadomie zrezygnowałam z tradycyjnego bloga, czyli własnej domeny, hostingu, żeby nie frustrować się tym, że gdzieś mi się wysypał font. Mam swoje miejsce i jak mam ochotę, to pójdę tam popisać, ale już bez ciśnienia.

Przed startem swojego bloga Idaologia napisałaś, że najpierw musi on wyglądać, a potem będziesz pisać, żeby się teksty nie zmarnowały. No to na Medium już wygląda.

Tak, nawet podobnie jak na Idaologii jeśli chodzi o layout. Mnie to cieszy, bo gdy w blogosferze pojawił się trend, żeby blogi były bogate w warstwie wizualnej, miały zdjęcia, mnie to nigdy nie przekonywało. Dla mnie zawsze było ważniejsze, aby ludzie wczytali się w tekst i skupili się na nim, a nie na zdjęciach czy font jest różowy i sypie się z boku brokat. To trochę tak, jak z czytaniem książki. Irytuje mnie, gdy czytam książkę, strona kończy się w połowie zdania, a na następnej stronie jest zdjęcie. I ja muszę przerwać czytanie, w połowie zdania, aby albo przekartkować zdjęcia aby dokończyć wątek, albo wybić się z rytmu, aby obejrzeć zdjęcia. No nie! Dlatego mój blog był zawsze minimalistyczny i dopóki będę pisać, tak będzie zawsze. Choć i tak poszłam krok do przodu i od momentu startu Idaologii zaczęłam do tekstów dodawać zdjęcia, które w jakiś sposób obrazują treść. Postanowiłam, że zawsze będą to zdjęcia mojego autorstwa, ewentualnie zdjęcie, które ktoś mi zrobił. To też mnie motywuje do robienia fajnych zdjęć.

Domena Idaologia jest martwa, na Mojej Trawie do tekstów trzeba umieć się dokopać. Nie kusi cię, aby je hurtem przerzucić na Medium? Dla potomności.

Nie. Gdy powstała Idaologia, to chciałam przenosić najfajniejsze teksty z Mojej Trawy. I wtedy się zreflektowałam, że bardzo dużo z tych tekstów jest kompletnie nieaktualnych, niektóre straciły na aktualności w jakiejś części i należałoby je odświeżyć. Z niektórych nie jestem zadowolona, ale to zawsze można skorygować przy przerzucaniu. Ale to była dla mnie ważna wskazówka, pokazująca, że ja często piszę zbyt impulsywnie, nie przywiązując wagi do uniwersalności treści. Oczywiście – teksty często piszemy w odniesieniu do konkretnej sytuacji i po kilku latach czy tygodniach będzie już nieaktualna, ale w tej sytuacji ten tekst powinien być tak skonstruowany, że gdy wrócisz do niego za dziesięć lat, to będziesz wiedzieć czego dotyczył, powinien mieć jakieś uniwersalne przesłanie. Kiedyś mówił o tym Paweł Tkaczyk, że teksty blogowe dzielą się na krótkoterminowe i zasoby, które można co roku odkopywać i linkować, bo zawsze będą aktualne. I te drugie są bardziej wartościowe od tego, co piszemy tak na szybko, bo się dziś wkurzyliśmy w kolejce do lekarza i postanowiliśmy napisać elaborat o kondycji polskiej służby zdrowia. Dlatego nie jestem przekonana do przenoszenia tekstów. Poza tym oba te blogi kojarzą mi się z etapem w życiu, gdy chorowałam na depresję i wiem, że wiele z tych tekstów jest przepełnionych ogromnych smutkiem. Nie żałuję, że je napisałam, bo mam świadomość, że byłam pierwszą lub jedną z pierwszych osób w blogosferze, która poruszyła temat depresji i przyznała się do tego, że choruje. Ale wiem też, że tych smutnych tekstów było tak dużo, że nawet gdybym dokonała selekcji przed przenosinami na Medium, to i tak by się tam zrobiło smutno. A ja oczywiście w dalszym ciągu chcę mówić o tym, że z depresji da się wyjść, że nie jest to choroba, która powinna stygmatyzować, ale chciałabym dawać ludziom mającym problem ze sobą jakąś otuchę. Gdy chorujesz, chcesz przekazać ludziom, że nie tylko oni są chorzy, ty też, więc chwyćmy się za ręce i razem damy radę. Ale gdy z tego wychodzisz, to chcesz ludziom mówić, że rozumiesz ich, ale będzie dobrze, jeśli tylko mądrze będziesz się w tym poruszać. przynajmniej u mnie to tak działa.

Uważasz, że nie warto tworzyć tekstów krótkoterminowych?

Warto, bo dlaczego nie? Tylko uważam, że wiele z tych krótkoterminowych tekstów nie powinno trafiać na blogi, a raczej na Facebooka jako status. Powinny też przez to być w jakiejś krótszej formie. Jeśli już decydujemy się na to, aby trafiły na bloga, to zróbmy to tak, żeby w tym tekście była jakaś wartość. Jak kiedyś pokażesz ten tekst swoim dzieciom, to one będą mogły go zrozumieć bez twojego komentarza. Mam wrażenie, że ja czasem swój blog traktowałam jako miejsce, na którym chciałam się wyżalić, nie myśląc o czytelniku. Jeśli ktoś chce to czytać, to OK, ale zreflektowałam się że jeśli chcę się żalić, to mogę to zrobić na papierze do zeszytu. Albo w Wordzie i odłożyć na pulpit, a potem skasować.

A w polskiej blogosferze jakie podejście dominuje? Jest nadzieja, że będzie więcej blogerów z długoterminowymi tekstami?

Wydaje mi się, że coraz więcej osób zaczyna cenić sobie to długoterminowe podejście. Niezależnie od tego, czy to bloger który zajmuje się modą, kosmetykami czy pisaniem felietonów. Spójrz na wywiady Konrada (Halo Ziemia), porady ślubne czy podróżnicze Elizy (Fashionelka) czy film z historią makijażu Ewy (Red Lipstick Monster). To wszystko są materiały, które będą aktualne latami. Oczywiście dla kontrastu jest też sporo treści krótkoterminowych, na przykład na moim starym blogu, (śmiech) i jeśli mają one swoich odbiorców to też spoko. Internet jak papier – zniesie wszystko. (śmiech) Ważne żeby autorzy mieli poczucie, że się rozwijają, idą do przodu. Osobiście chciałabym też żeby moje własne teksty wnosiły w cyfrową przestrzeń jakąś wartość…

A jakich granic nasza polska blogosfera jeszcze nie przekroczyła?

Myślę, że wielu. Jest jeszcze tyle czelendży z youtube których nikt się nie podjął, tyle nagród dziennikarskich, których bloger nie zdobył, tyle miejsc, w których twórcy internetowi nigdy nie byli, bo nie mają legitymacji prasowej. (śmiech) W tym momencie znana jest już tematyka tegorocznego Blog Forum, czyli “przekraczanie granic”. Nie chcę jeszcze psuć niespodzianki, ale podpowiem, że będzie i o tym, że każdy z nas codziennie przekracza swoje własne granice. I o tym, że każdy ma sporo granic do przekroczenia. Wychodząc od perspektywy osobistej, przechodząc przez rozumienie geograficzne, a dochodząc do granic wolności słowa – zobaczysz na Blog Forum. Mam nadzieję, że będziesz pozytywnie zaskoczony.

Można krytykować Blog Forum?

Pewnie, że można. Wszystko można krytykować, tylko ja nie lubię, gdy ktoś krytykuje na zasadzie “nie lubię, bo nie”. To nie jest krytyka, a wyrażenie własnego zdania, opinii. Nie wiem, czy dorośli ludzie powinni zabierać głos na takiej zasadzie – mogą, ale czy to jest sensowne? Ale też żeby było jasne: można nas nie lubić. Cały zespół na konstruktywną krytykę jest otwarty i przez te wszystkie lata ona przyniosła bardzo dużo dobrego. Głośne i zdecydowane “nie” mówimy tylko krytyce na poziomie “nie byłem, ale nie polecam, gówno, zero na dziesięć”. Natomiast takie komentarze łatwo znieść wiedząc, że to kropla w morzu w stosunku do tych komentarzy miłych, pomocnych, ciepłych.

Chodzi mi o to, żeby w zalewie miłości nie zgubić jakiegoś ważnego głosu krytycznego. Blog Forum ma stado fanów, żeby nie powiedzieć fanatyków, do których się zaliczam.

To co mówisz, bardzo cieszy, ale prawda – ja sama pilnuję, aby to wszystko miłe, co ludzie o nas mówią, nie uśpiło naszej czujności. Łatwo wpaść w pułapkę, że nie musimy się starać bardziej skoro ludzie lubią to wydarzenie. Na szczęście ja ze swoim wewnętrznym krytykiem, oraz mój zespół, który jest mocno krytyczny wobec tego, co robimy, gdy tylko kończy się Blog Forum, siadamy wszyscy razem aby spisać to wszystko, co poszło nie tak. Nawet to, czego wy nie widzicie, ale my zauważyliśmy. To spisujemy najpierw i przy następnej edycji staramy się unikać popełniania tych samych błędów. Po to też co roku rozsyłamy ankietę z prośbą o sugestie i oceny – aby zebrać opinie uczestników, krytyczne uwagi… Doszliśmy do takiego punktu, że gdy zbliża się Blog Forum, twórcy sami zgłaszają się do nas z pomysłami. Jest tak, że my tę konferencję nie do końca robimy – my ja organizujemy, ale współtworzą ją blogerzy. Jesteśmy otwarci na wszelkie pomysły, choć nie gwarantujemy, że każdy zrealizujemy. Zwłaszcza, gdy rodzą się na tydzień przed imprezą. (śmiech) Ale zawsze z nich korzystamy. To są różne pomysły – od konkretnych prelegentów, przez pomysły na całe panele czy warsztaty. Czasem są to takie świetne pomysły, że mam ochotę podać się do dymisji, ze względu na to, że nie wpadliśmy na to sami. (śmiech)

Masz jakiś przykład?

Fajny pomysł podała mi Monika Kamińska, z którą ostatnio rozmawiałyśmy na jednym seminarium czy można wypromować bursztyn w mediach społecznościowych. Po tym seminarium, gdzie jedną z konkluzji były obawy bursztynników związane z trudnością przedstawienia bursztynu na zdjęciu, Monika zaproponowała warsztaty, gdzie obiektem będzie bursztyn. To fajny pomysł, choć nie gwarantuję, że go wykorzystamy w tym roku. Prosty, ale na zasadzie win-win: my pokażemy bursztyn, a blogerzy na warsztatach będą mogli popracować z trudnym materiałem.

Boję się jednak, że to tsunami miłości może zmiatać krytyków z fajnymi pomysłami. Przed zeszłorocznym forum, gdy opublikowaliście program, to jedna z blogerek zamieściła post z zastrzeżeniami do programu. Znamienne jednak było to, że swój post zaczęła od słów “być może popełnię społeczne samobójstwo”. Nie obawiacie się, że przez tych wszystkich fanatyków ktoś z sensowną krytyczną uwagą wycofa się, bo będzie bał się tłumu?

To jest trudna kwestia. Absolutnie naszym celem nie jest budowanie wokół siebie hermetycznej społeczności, która uważa, że jak ktoś nie jest z nami, to jest przeciwko nam. Każdorazowo staramy się to podkreślać. Szczególnie, że… No właśnie. Wypowiada się blogerka którą bardzo szanujemy: to co robi, jej wiedzę i umiejętność formułowania własnych opinii. I nie jesteśmy w tym osamotnieni. Blogerka, która uczestniczyła w konferencji wiele razy. Nikt z nas nie bierze jej słów za złą monetę… A mimo to gdzieś jest takie postrzeganie jej opinii, że “no to teraz sobie strzeliła w kolano, skrytykowała, na stos z nią…”. Jeśli ktoś to czyta, to ja apeluję: dajmy ludziom mieć prawo do własnego zdania! Jeśli tylko wyrażają je kulturalnie i w merytoryczny sposób. (śmiech) Tym bardziej, że taka totalna bezkrytyczność też wcale nie jest dobra. Z niej się myślę wziął pomysł “kółka wzajemnej adoracji” i co roku “tych samych gąb”. Tym czasem jest tak, że co roku staramy się by w konferencji wzięło udział jak najwięcej osób, które do tej pory nie miały okazji. W tym roku zmieniliśmy regulamin: nie wymagamy już prowadzenia bloga czy kanału, zapraszamy po prostu: twórców internetowych. Jeśli ktoś regularnie publikuje na Facebooku, to czemu nie miałby wziąć udziału w Blog Forum? Zapraszamy też osoby, które nie spełniają kryteriów dotyczących czasu prowadzenia swoich kanałów. Mam nadzieję, że to spraw, że te adoracyjno-gebiane zarzuty będa pojawiać się żadziej.

Tym, co co roku budzi…

Budzich? Co roku Budzich? (śmiech)

Bo co roku te same gęby. Sprawą, która co roku budzi sporo emocji – i to negatywnych – są odmowy. Zazwyczaj jest krótki mail – nie. Macie wymogi sformalizowane, nie mogłaby być więc krótka informacja którego warunku się nie spełniło?

To jest misja niemożliwa. Zgłoszeń jest za dużo. Proces oceniania jest bardzo długi. Pracuje nad tym kilkuosobowy zespół. Każdy z nas musi otworzyć każde zgłoszenie, po czym ocenić je według wewnętrznie ustalonej skali. Ocena jednego zgłoszenia zabiera kilka minut, a musimy to zrobić w miarę szybko. Chciałabym móc każdemu odpisać dlaczego się nie dostał, ale to byłoby logistycznie niemożliwe, a przy tym dla mnie na przykład byłoby bolesne, bo nie czuję się dobrze w roli krytyka, poza krytykowaniem samej siebie.

Dołączyłaś do zespołu Blog Forum w 2012?

Nie, byłam od samego początku. W 2010 miałam tak mały wycinek, że mogliście mnie nie zauważyć, ale już w 2011 miałam bardzo poważną rolę – byłam aniołem prelegentów. Miałam dbać o to, aby prelegentom niczego nie brakowało. W 2012 byłam już w pełni zaangażowana, byłam prawą ręką Ewy, która szefowała projektowi, a ja byłam nadal aniołem prelegentów, ale też pomagałam Ewie w wielu innych, organizacyjnych tematach. A potem całość trafiła pod moje skrzydła.

Myślisz, że Ida, która pisała Moją Trawę lub chciała pisać Idaologię, dostałaby się na Blog Forum?

Na pewno nie, ja bym jej nie przyjęła! (śmiech) Przede wszystkim pisze bardzo nieregularnie i impulsywne. Z Idaologią by się nie dostała na pewno. Z Moją Trawą, po 2012 na edycję 2013 – może i tak, bo wtedy docenił ją Tomek Tomczyk w swoim rankingu, pisała regularnie. Można by było dać jej ewentualnie szansę. (śmiech)

Tomek powiedział, że sama chyba nie wiesz, jak dobrze piszesz.

Pamiętam to do dziś, to było bardzo miłe z jego strony i wzruszyło mnie. Chyba najbardziej wzruszające są te momenty, które są zaskoczeniem, bo pamiętam, jak dowiedziałam się, że Karolina Korwin-Piotrowska jest moim czytelnikiem. Nie spodziewałam się, że ktoś taki, jak ona, może czytać mojego bloga. W 2011 r. BFG zainspirowało mnie do założenia bloga i przekonania się na własnej skórze jak to jest być blogerem, to w 2012 zainspirowało mnie do regularnego pisania. Zaczęłam drążyć różne tematy. Dużej pomocy udzielił mi wtedy Paweł Opydo, który zaprojektował mi logo i dał wiele wskazówek dotyczących pisania. Mam świadomość, że gdybym nie robiła Blog Forum i nie poznała blogerów, mój blog pozostałby by pewnie nieznany, być może na zawsze. A tak pewnie dla sporej ilości osób był taką ciekawostką z cyklu “O, ta laska od BFG coś tam pisze… Se zobaczę co”. Dlatego też zawsze starałam się tę moją sytuację obracać w dobrą karmę i puszczać dalej. Nigdy nie odmawiałam początkujacym blogerom pomocy z ich blogami, bo mi też wiele osób pomogło. W tworzeniu w sieci fajne jest to, że poza zarabianiem, realizowaniem własnych ambicji czy co tam jest dla kogoś ważne, można wykorzystać swoją społeczność do robienia dobrych rzeczy. Chciałabym, aby wszystkie rozpoznawalne osoby czasem zrobiły coś dla obcych osób, które potrzebują jakiejś pomocy.

Moim zdaniem takim przejawem odpowiedzialności społecznej było twoje przyznanie się do depresji.

Uważam, że jeśli ktoś decyduje się na jakąkolwiek rozpoznawalność, na zbudowanie wokół siebie społeczności, to bierze na siebie ogromną odpowiedzialność. To już nie są znajomi i rodzina – osoby które nas dobrze znają, rozumieją nasze skróty myślowe, wiedzą jakie mamy opinie, tylko obce osoby, których nie znamy, nie wiemy jak myślą. Jeśli więc dla kogoś jestem rozpoznawalna, ktoś mnie czyta, chce poznać moje zdanie i sugeruje się nim, to już ciąży na mnie pewna odpowiedzialność. Powinnam myśleć nad tym co mówię i myślę – dawać dobry przykład. Kończą się żarty. Bardzo długo zastanawiałam się, czy mówić głośno o depresji. Zachorowałam w 2012 roku i to wtedy temat depresji nie był powszechny. Gdy wtedy chciałam pójść do lekarza, nikt nie był w stanie mi żadnego polecić. Może dlatego, że nikt się nie leczył, a może dlatego że nikt nie chciał się przyznać. Musiałam znaleźć sama, bazując na opiniach w sieci – za to później bardzo chętnie udostępniałam ten kontakt innym. Ale bałam się, czy może w pracy ktoś będzie krzywo patrzył, albo dalsi znajomi zareagują niefajnie, odwrócą się. Ale w którymś momencie uznałam, że ryzyko jest mniejsze niż pozytywne rzeczy, które mogą z tego wyniknąć. Napisałam. I nie żałuję. Gdybym teraz miała podejmować tę decyzję, podjęłabym ją nawet wcześniej.

W kwietniu 2013 zrobiłaś taki wywiad sama z sobą – już wtedy chciałaś, ale nie przyznawałaś się.

Uznałam wtedy, że to będzie bezpieczne. Będę mogła przekazać to, co chcę, ale w sposób anonimowy. Po tym wywiadzie zauważyłam, że coraz więcej osób pyta, komentuje pozytywnie i jest potrzeba pisania dalej na ten temat. Wtedy stwierdziłam, że odkrywam karty. Nie było wtedy wielu blogów, które pisałyby na ten temat i nawet myślałam, że może tylko ja zmagam się z tym problemem. Paradoksalnie – uważam depresję za jeden z najcięższych, ale i najbardziej wartościowych momentów w moim życiu. To zaburzenie nauczyło mnie wiele o sobie samej, nauczyło mnie cierpliwości, przewartościowało pewne rzeczy – w inny sposób bym się tego nie nauczyła. Oczywiście było to niesamowicie ciężkie i to był straszny okres, ale wydaje mi się, że te pozytywne rzeczy przyćmiewają negatywy. I cieszę się też, że jakiś czas po tym, gdy opisałam swoją historię coś się zaczęło zmieniać w przekazie medialnym i nie tylko. Zaczęła się zwiększać świadomość tego czym jest depresja czy inne zaburzenia. Że ludzie przestali nadużywać słowa “depresja” do opisywania zwykłych spadków formy związanych np. z pogodą. Że ludzie się mniej wstydzą tego, że chodzą np. na terapię czy do psychiatry. To bardzo dobrze. Bo to nie jest żaden powód do wstydu. Kataru się przecież nie wstydzimy.

Chyba jako społeczeństwo dojrzeliśmy do tego, aby mówić o depresji i skorzystałaś na tym, bo mogłaś o tym pisać.

Jeśli nawet pięć osób dzięki mojemu pisaniu zmieniło swoje postrzeganie lub poszło do lekarza – to było warto. Poza tym miałem wielkie wsparcie w znajomych, przyjaciołach i w pracy. Wiedziałam, że gdyby ktoś z zewnątrz chciał mnie skrzywdzić po tym tekście, to mam wokół siebie życzliwych ludzi, którzy to zamortyzują.

W ostatnim tekście na Mojej Trawie dałaś radę, aby zadbać o swoje zdrowie psychiczne. Czy masz jakieś informacje ilu osobom ta rada czy twoje wcześniejsze pisanie pomogły?

Nie jestem w stanie policzyć ilu osobom dawałam namiary na psychiatrów i terapeutów. A były to osoby z bliskiego otoczenia lub które trafiły przez bloga. Odpisałam na ogromną liczbę maili. Przez ten czas, jak zamknęłam Trawę i byłam nieaktywna blogowo, wiele osób pisało do mnie, że szkoda, że zrezygnowałam z pisania, bo wniosłam sporo do ich życia.

A co byś powiedziała osobie, która by na taką radę machnęła ręką?

Wszyscy terapeuci mówią, że nie ma osób kompletnie niezaburzonych. Tu trzeba wyjść od tego, co jest zaburzeniem. Na pewno też masz coś takiego, na przykład siedem razy wstajesz z łóżka, aby sprawdzić, czy masz drzwi zamknięte…

Już nie.

Brawo. Ale widać był element nerwicy natręctw. Każdy to ma. Problem jest wtedy, kiedy to coś zaczyna przeszkadzać w funkcjonowaniu w społeczeństwie. Czyli gdybyś nie spał całą noc, bo martwiłbyś się tymi niezamkniętymi drzwiami, to jest coś, z czym musisz iść do specjalisty. Jeśli takim osobom ich drobne zaburzenia nie przeszkadzają w codziennym życiu, to mogą sobie machnąć ręką. Ale może być gros osób, które nie widzą swojego problemu. I nawet gdy inni zwracają im uwagę, to zaprzeczają. Moim zdaniem to bardzo krótkoterminowa i bezsensowna strategia, która prędzej czy później spowodują jakiś problem. Z zaburzeniami jest jak z każdą chorobą – nieleczone narastają. Tym bardziej, że niektóre zaburzenia mają tendencję do przeradzania się w poważniejsze rzeczy, które są nieuleczalne. Poza tym żyjemy w świecie, który nie sprzyja zdrowiu psychicznemu. Mamy ciągłą presję czasu, dzięki mediom społecznościowym mamy wrażenie, że ciągle musimy aspirować do czegoś, co mają inni. To nie jest fajne. A korzystanie z pomocy np. terapeuty naprawdę jest w pewnym stopniu przyjemne. Jest trochę jak sprzątanie zagraconego domu. Podchodzimy do tego z niechęcią i negatywnym nastawieniem, ale potem, jak widzimy, jak powoli entropia zmienia się w ład, zaczyna nam być fajnie. Serio, warto dbać o porządek w swojej głowie. Jak mi nie wierzysz, to pogadaj z Arleną.

Mówiliśmy o tekstach długoterminowych na blogu. A jaka jest twoja strategia długoterminowa? Do emerytury robić Blog Forum? Gdzie widzisz się za pięć lat?

Pewnych rzeczy nie da się przewidzieć. Może zmienić się strategia miasta. Tworzenie w sieci może przestać mieć sens. A może mi odbije i stwierdzę, że sprzedaję wszystko i jadę w Beskid Niski hodować jedwabniki. Za pięć lat widzę się chyba jako szczęśliwą małżonkę, matkę, ale też osobę, która nie zatraci się w tym i będzie się dalej realizować… Z drugiej strony nie wiem, co przyniesie życie. Wiem, że nastawianie się na jakiś scenariusz przynosi więcej szkody, niż pożytku. Jedno jest pewne – za pięć lat chciałabym być szczęśliwa. A gdzie to szczęście odnajdę, to już drugorzędne.

Spytałem, bo jak spojrzeć na ciebie sprzed pięciu lat, to widać wielką zmianę. Gdybyś dziś spotkała tamtą Idę, to co byś jej powiedziała?

Żeby się nie martwiła, bo wszystko będzie ok. I, że dobrze, że trzyma się swoich ideałów. Niedawno czytałam artykuł, w którym była wypowiedź psychologa, że dominującą osobowością dzisiejszych czasów jest borderline. Poza tym, że jest to bardzo poważne zaburzenie, to osoby z borderline mają problem z budowaniem relacji z innymi. Stąd w naszym świecie tak wielu singli i rozpadających się związków, brak trwałych znajomości. Pięć lat temu byłam przekonana, że nie ma w naszym świecie już miejsca na szczęśliwe związki, na długoletnie przyjaźnie i że jesteśmy skazani na bycie długoterminowymi samotnikami z cyklu “umiesz liczyć, licz na siebie”. Ale nigdy chyba nie przestałam wierzyć w to, że można inaczej i że można być w tych szalonych czasach szczęśliwym. Zaczęłam więc od uporządkowania samej siebie, a wtedy wszystko też się uporządkowało. Do grona przyjaciół dołączyły nowe, wspaniałe osoby, parę toksycznych osób zniknęło, pojawił się też ktoś, kto jest kimś więcej niż tym “wymarzonym facetem”, a ja jestem najszczęśliwsza na świecie. Warto więc wierzyć w do końca w wartości które są nam bliskie, a porządki w koło siebie zaczynać od siebie samego. Gdy patrzę na to, w jakim szczęściu żyję teraz, to trochę szkoda, że nie wiedziałam, że to się tak skończy, bo bym się tak nie stresowała. Niestety na tym polega życie – ale dzięki temu jest ono takie piękne. Każdy z nas woli czytać książkę rozdział po rozdziale, niż patrzeć na koniec.

To samych radosnych rozdziałów życze i dziękuję za rozmowę.

Dziękuje ci również.

Foto: Gabriela Orłowska

  • Przyjemnie się czyta Twoje wywiady 🙂
    Sądzę, że to dobry kierunek dla Ciebie <3
    p.s. dawno tu nie zaglądałam (mea culpa) – podoba mi się blog tak jak teraz wygląda – przykuwa uwagę:)