Czyje musi być moje pisanie?

Oto mantra z poradników dla blogerów – to, co piszesz, musi być Twoje.

To Ty tworzysz treści, to Ty za nie odpowiadasz, więc to Ty sprawuj nad nimi niepodzielną kontrolę. Dlatego jak najszybciej przestań pisać na blogspocie czy innych serwisach, nie twórz w mediach społecznościowych – twórz treści głównie na blogu, a resztę traktuj jako wsparcie. Tylko za żadne skarby nie oddawaj nikomu pieczy nad swoimi tekstami!

Jest w tym jakiś sens.

Tylko czy faktycznie jesteśmy w stanie zachować stuprocentową kontrolę nad naszą twórczością? Gdybyśmy tego chcieli, musielibyśmy zadbać też o własne serwery, samodzielną rejestrację domeny i kilka innych kwestii, bez których nasza twórczość pozostałaby najwyżej w szufladzie. Jeśli boję się, że jakiś dostawca usług blogowych może nagle wyłączyć moją stronę – to co powstrzymałoby przed tym samym firmę hostującą mój blog?

Ale to nie koniec. Dla mnie istotne jest też pytanie „po co piszę?” – i to odpowiedź na nie determinuje to, gdzie publikuję. Gdybym pisał tylko po to, aby mieć swoje teksty – to ok. Gdybym żył w dwudziestym wieku, to trzymanie całego procesu wydawniczego też miałoby sens, bo zarabiałbym na każdym kroku. Ale żyję w wieku dwudziestym pierwszym i piszę z nieco innych powodów niż samo bycie autorem.

Dziś najcenniejsza jest informacja. Jeżeli moje teksty zawierają jakieś informacje, to nie jest dla mnie istotne w jaki sposób je dystrybuuję. Chcę, żeby ich przesłanie dotarło do jak największej liczby odbiorców. Chcę, żeby miało na nich jakiś wpływ. Jeśli przy tej okazji zapamiętają, że to ja jestem autorem – to nie będę narzekać, ale to lepiej zrobić własnie w mediach społecznościowych, a nie na własnym blogu.

Jeśli rozdaję informację lub opinię, to nie zależy mi, aby odbiorca zetknął się z nią w ściśle określonym miejscu sieci. Chcę, aby ona obroniła się sama i ewentualnie sprowokowała kogoś do poszukania innych moich tekstów. Ponownie – niekoniecznie na mojej stronie. Jeśli piszę dobrze, to dobre teksty z pewnością gdzieś będą krążyć. Może lekko zmienione, okrojone, ale najważniejsze, że z przesłaniem, o które mi chodziło.

Jutuberzy nie mają problemu z publikowaniem na cudzej platformie, bo wiedzą, że to najlepszy sposób na dotarcie do odbiorcy. Podobnie jest z twórcami na Instagramie czy Twitterze. To tam są dziś kreatorzy opinii, to tam powstają treści – bez lęku o ich własność czy przyszłość.

Dlatego kurczowe trzymanie się jednego kanału jako recepty na sukces jest błędem. To tylko recepta na posiadanie swojej twórczości.

A ponieważ lubię popierać słowa czynami – ten tekst ukazał się również na Facebooku i Medium.