Muzeum II Wojny Światowej

8 maja to Dzień Zwycięstwa. Tak przynajmniej twierdzi Wikipedia. Dość gorzka nazwa.

Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku to wielki projekt. Instytucja powstała kilka lat temu, przez ten czas zbierała eksponaty z całego świata oraz budowała swoją siedzibę – wyjątkowy budynek, w większości znajdujący się pod powierzchnią gruntu, budzący zainteresowanie jeszcze przed otwarciem.

Ostatnio o muzeum znowu zrobiło się głośno – z powodów politycznych. Władza zarzuciła twórcom wystawy, że nie prezentuje ona odpowiednio polskiego punktu widzenia, nie podkreśla polskich cierpień podczas ostatniej wojny oraz pomija całą masę istotnych wydarzeń.

Nie jestem historykiem ani muzealnikiem, więc ciężko mi ocenić słuszność tych zarzutów, ale miałem okazję być w Muzeum kilka tygodni temu, jeszcze przed jego otwarciem. I chciałbym Wam powiedzieć, jakie wrażenie na mnie zrobiło.

Podstawowe założenie wystawy jest proste – wojna to zło. Nie zabawa dla dużych chłopców, nie przedłużenie polityki, nie okazja do rozwoju technologicznego. To dzieje się przy okazji. Wojna, od samego początku do końca, to zło w najczystszej postaci. Krzywdzące każdego, od dziecka do starca, od cywila do generała.

To zło jest pokazane na wiele sposobów. Choćby za pomocą tego samego mieszkania warszawskiej rodziny w trzech momentach – 1939, 1944 (o ile dobrze pamiętam) i 1945. To jest część wystawy dostosowana dla dzieci, więc spokojnie można wybrać się tam rodzinnie. Od inteligenckiego pokoju z portretami marszałka na ścianach i bogatą biblioteczką przechodzi się do odrapanej rudery, z pustymi szafami i wstawioną kozą do dogrzewania pomieszczenia. A następnie – do prawdziwej ruiny, z dziurą zamiast ściany i informacją o śmierci części domowników.

To robi wrażenie. A potem jest coraz mocniej. Obrazy z obozów zagłady, nieludzkich praktyk Niemiec, Włoch, ZSRR czy Japonii, codzienność żołnierza, działania ruchu oporu – a wszystko to zestawione z buńczucznymi ideami każdego z agresorów i ich liderów, dla których milion ofiar to była tylko statystyka. Przeciwstawione są im działania alianckie, które – nie da się ukryć – nie zawsze były rycerskie.

Niesamowite wrażenie zrobiła na mnie sala poświęcona bombie atomowej. Cała wystawa prezentowana jest w surowych, betonowych pomieszczeniach. Dominuje szarość, lekki półmrok. Gdy wchodzi się do niewielkiego pokoju, w którym prezentowane są spalone przedmioty z Hiroszimy oraz wisząca u sufitu makieta bomby, zostajemy chwilowo oślepieni. Cały pokój wyłożony jest olśniewająco białymi płytami. Kontrast jest niesamowity i… mi natychmiast przypomniały się obrazy z muzeum w Hiroszimie. Małe pomieszczenie, a chwyciło mnie za gardło.

Im dalej, tym – wydaje się – spokojniej. Wojna się kończy. Miliony osób zginęło, jeszcze więcej milionów ma przetrącone życia – ale piekło minęło. Sprawiedliwość dopada niektórych, czasem po wielu latach, a czasem zbrodniarzom udaje się uciec w świetle prawa – ale piekło minęło. W Polsce rozpoczyna się jednocześnie odbudowa kraju i walka partyzancka z nowym okupantem – ale piekło minęło. Wydawać by się mogło, że to prawie szczęśliwe zakończenie.

I wtedy dociera się do ostatniej sali. Z murem – jak w Berlinie. Na ścianie, po obu stronach muru, prezentowane są migawki z obu stron żelaznej kurtyny. Tam Disneyland – tu pochody pierwszomajowe. Tam Woodstock – tu Grudzień 1970. Tam Queen – tu Wałęsa. Zamach na Kennedy’ego, lądowanie na księżycu, Afganistan (tamten pierwszy). Gdy patrzy się na te migawki, z jeszcze większą mocą dociera do człowieka, że przegraliśmy tę wojnę. I możemy dodawać na wystawie dowody polskiej martyrologii, ale to widać i bez nich. Dzień Zwycięstwa? Czyjego?

Ale film nie zatrzymuje się na upadku muru. Wojna w byłej Jugosławii. Początki kapitalizmu. 11 września. Znowu Afganistan. Irak. Obama. Merkel. Putin. Syria. Uchodźcy. Przy dźwiękach „Dziwny jest ten świat” Niemena dotarło do mnie, że – poza pokolorowaniem kliszy filmowej – w sumie nic się nie zmieniło. I może my wszyscy nadal możemy przegrać.

Idźcie do Muzeum II Wojny Światowej. Koniecznie.