5 dowodów na to, że 2016 nie był taki zły

Do dobrego tonu należy narzekanie na miniony rok. Wiadomo, zmarło wiele znanych osób, a Trump wygrał wybory.

Stąd cała masa fejsbukowych narzekań na 2016. Sugestii, aby wykreślić ten rok z podręczników historii, zamazać czarnymi flamastrami, oblać benzyną i podpalić. Wprawdzie wielu z tych narzekaczy prywatnie uważa 2016 za całkiem miły i udany rok, ale wiecie – globalnie…

To nie jest tak. W natłoku informacji o śmierci ukochanego twórcy chyba przeoczyliśmy kilka istotnych informacji. Wybrałem pięć z brzegu, aby pokazać Wam, że 2016 był całkiem udanym rokiem.

Po pierwsze – mamy nowy pomysł na pozbycie się nadmiarowego dwutlenku węgla. I to pozbycie się na dobre, a nie tylko zamiatanie pod dywan. Do tej pory mocno kombinowaliśmy, jak go przechowywać, a tu okazuje się, że wystarczy go wstrzyknąć w skałę, aby… skamieniał. No dobrze, to nie może być pierwsza lepsza skała, a bazalt. Ale wydaje się, że trop jest niezły. Tym bardziej, że cały proces nie trwa stuleci, a raptem dwa lata. Tak – dwa. Jest nadzieja.

Po drugie – Tony Stark tego świata, czyli Elon Musk, znowu osiągnął swój cel. Poza ogłoszeniem planów podboju Marsa i robieniem paneli słonecznych ustylizowanych na dachówki, Musk pokazał, że tworzone przez niego rakiety są w stanie wylądować po powrocie z kosmosu. Pionowo. Na pływającej platformie. W minionym roku przeczytałem biografię Muska, w której były opisane wszelkie niepowodzenia, z jakimi zmagał się przy realizacji kosmicznego programu. Takie lądowanie to wielki sukces. I kolejny krok do tańszych i częstszych misji kosmicznych (a docelowo – podboju Marsa).

Co jeszcze? Prawdopodobnie udało nam się stworzyć niemal wieczny sposób zapisu danych. Trwalszy niż rycie w kamieniu. I o sporej pojemności. Mały, przezroczysty krążek potrafi przechować dane przez taki czas, jaki istnieje cały Wszechświat. O ile tylko urządzenia pozwalające na odczytanie tych danych będą produkowane tak długo – nasze selfie z wakacji przeżyją nie tylko nas, ale zapewne całą ludzkość. Chcę wierzyć, że gdy pozostanie po nas tylko zimna pustka kosmosu, gdzieś tam będzie sonda z zapisem tego bloga…

Pamiętacie ice bucket challenge? Wiem, że to było w 2014, a więc w internetowych latach plasuje się to gdzieś pomiędzy rewolucją francuską a magicznymi latami dziewięćdziesiątymi, ale podejrzewam, że to Wam jakoś utkwiło w pamięci. Chodziło o oblewanie się lodowatą wodą, aby zwiększyć świadomość stwardnienia rozsianego. Być może nawet ktoś Was „nominował” do wywzwania lodowego wiadra i musieliście zmoczyć ubranie. Niektórzy jednak, poza wylewaniem na siebie kubła zimnej wody, wpłacali pieniądze na fundacje zajmujące się chorobą i między innymi dzięki tym środkom udało się zafundowaźc przełom w badaniach. I kto twierdzi, że internety nic nie mogą?

Najlepsze zostawiłem na koniec. Wszystko wskazuje na to, że mamy szczepionkę przeciwko chorobie, kóra może nie zabijała milionów (chociaż ostatnio pozowliła sobie nieco pobuszować po świecie), ale skutecznie terroryzowała. Chorobie, która najczęściej kończyła się nie tylko śmiercią, ale przede wszystkim śmiercią przypominającą krwawy horror. Chorobie, która – gdyby nagle zmutowała w coś łatwiejszego w zarażaniu – wyczyściłaby kilka krajów, zanim ktoś by się zorientował. Ebola. Tak, 2016 przyniósł prawdziwy przełom w pracach nad szczepionką przeciwko temu cholerstwu.

Tak więc mówienie, że 2016 był fatalnym rokiem, bo umarł ten czy inny piosenkarz (nawet, jeśli masz wszystkie jego kasety), albo bo wygrał taki, a nie inny polityk – to gruba przesada. Na końcu tunelu jest światełko i wszystko wskazuje na to, że nie jest to nadjeżdżający pociąg towarowy.

A skąd u mnie taka chęć szukania pozytywów w 2016? Ponieważ dla mnie to był całkiem przyjemny rok i smuciło mnie, że tylu moich znajomych miało ten rok gorszy. U mnie – było super. Może na blogu nie działo się zbyt wiele, ale udało mi się zrobić dwa wywiady (a kolejne czekają w kolejce, najbliższy już w pierwszym tygodniu stycznia), sporo pisałem i może to moje pisanie nie będzie tylko do szuflady (choć o tym wolałbym jeszcze nie mówić). No i przede wszystkim – w moim życiu pojawiło się impro. Mam grupę Im Prościej, z którą podbijam trójmiejskie sceny i fakt, że kręci mnie to ponad miarę, jest dla mnie niesamowitym odkryciem!

To wszystko sprawia, że w 2017 patrzę z ogromnym optymizmem, bo planów jest sporo i do tego dość wysokie prawdopodobieństwo ich zrealizowania. Jak się uda, za 12 miesięcy będę w zupełnie innym, jeszcze weselszym miejscu!

Czego tradycyjnie sobie i Wam życzę…

  • Dobry tekst w natłoku pesymistycznych podsumowań 🙂

  • Jak miło 🙂 Dla mnie 2016 był po prostu spokojny (co sobie chwalę). Nic się w moim życiu nie zmieniło. Mam wciąż tyle samo dzieci, mieszkam tam gdzie mieszkałam, mam wciąż tego samego męża i tę samą pracę. Totalna nuda. Natomiast 2017 zapowiada się miło choć zdecydowanie nie jest to zasługa początku roku,a doświadczeń z 2016 🙂