Z życia wzięte: lateks

Tuż przy zderzakach aut zaparkowanych niedaleko mojego bloku leży mężczyzna w podwiniętej koszuli i z odsłoniętym torsem. Nikt nie potrafił dotąd wytłumaczyć, czego mógł szukać pośrodku drogi osiedlowej.

Wtem pojawiają się przy nim dwaj mężczyźni. Próbują go podnieść, szarpią za ramiona, ale lezacy (teraz właściwie wiszący między nimi) mężczyzna przelewa im się przez ręce. Nie ma szans, na utrzymanie pionu – jego stawy są od siebie niezależne, kości wydają się być z gumy, a mięśnie zawiązały związek zawodowy i ogłosiły strajk. Zresztą stan trzeźwości aniołów stróżów też utrudnia akcję podnoszenia.

Scena niczym z obrazu – leżący i dwóch stojących.

Najpierw odpada jeden z nich. Po prostu odchodzi. Drugi pilnuje leżącego mężczyzny, kręci się niepewnie. Opiera się o zaparkowane samochody. Wreszcie podchodzi do niego dwóch innych mężczyzn – tym razem trzeźwych. Chwytają leżącego pod ramiona i szorując jego kolanami po asfalcie, ciągną go na pobliski trawnik. Potem odchodzą. Pijany anioł stróż też może odfrunąć – co wkrótce czyni.

Mężczyzna leży teraz na trawniku. Obserwuję to wszystko z mojego domu i postanawiam, że chyba najwyższa pora wezwać odpowiednie służby. Po chwili pojawia się jeden z tych trzeźwiejszych, którzy ciągnęli gościa za ramiona i też gdzieś dzwoni. Jeśli na komendę, to byłem pierwszy.

Czekamy. Śpiący książę na trawniku, jego opiekun – kilka metrów dalej. I ja, obserwujący to wszystko z góry.

Po kwadransie na horyzoncie pojawia się radiowóz. Anioł stróż wskazuje funkcjonariuszom miejsce złożenia zwłok, a sam się oddala. Policjanci zakładają jednorazowe rękawiczki, przygotowują miejsce z tyłu radiowozu. I próbują zabrać delikwenta. Ten – czy to dzięki krótkiej drzemce, czy za przyczyną władzy mundurowej – ożywa. W jego członki wstępuje nowa energia. Udaje mu się wspiąć na czworaka i próbując coś wyjaśnić zmierza w stronę radiowozu.

Wsiada, schylając głowę. Policjant chroni go, żeby sobie guza nie nabił. Wsiadają, będą odjeżdżać. Jeszcze tylko zamknięcie drzwi i…

20160828_103025

No właśnie. Kierowca radiowozu zdejmuje swoje lateksowe rękawiczki. Kuca. Następnie wrzuca je do kanalizacyjnej studzienki burzowej.Tak po prostu. Bez oglądania się na boki. Następnego dnia rano meduza z rękawiczek nadal unosi się na powierzchni wody w studzience.

I tylko tak sobie myślę, że coś jest mocno nie tak, skoro nawet policjant, podejmujący interwencję, nie ma problemu z tym, aby trochę naśmiecić. Bo zamiana pijanego na trawniku w zablokowaną studzienkę jakoś mi się nie uśmiecha.

PS: Plus dla tych, którzy rozpoznają inspirację w leadzie.