A jeśli nie mam racji?

Ponieważ jestem blogerem, odpowiedź na postawione w tytule pytanie musi być przecząca. Ale nie wszyscy są blogerami.

Jakiś czas temu pisałem o mowie nienawiści. A tam między innymi wspomniałem o tym, że dla niektórych taki sposób wypowiadania się jest zupełnie naturalny i nie widzą w nim niczego zdrożnego. Bo przecież tylko dobitnie wyrażają swoją opinię.

Ale to jest charakterystyczne nie tylko dla nienawistników. Ten sposób przedstawiania swojego zdania widzę coraz częściej u różnych osób. To niczym nieograniczona pewność własnych racji. Przekonanie o tym, że to właśnie oni są stroną wygraną w dyskusji. Że wszystko na tym świecie (a nierzadko także i na tamtym) jest po ich stronie. Więc nie warto się wahać, bo tak robią tylko ludzie słabi.

I nawet przez myśl im nie przejdzie, że mogą się mylić.

Przekonanie o własnej nieomylności jest straszne. Praktycznie wyklucza jakikolwiek dialog, bo z kim tu rozmawiać? Z błądzącymi? Albo ktoś przyjmuje moją prawdę, albo jest głupi. Tak, głupi, bo ta prawda daje mi mandat do wszystkiego – zakrzyczenia oponenta, zelżenia go, przerwania rozmowy w dowolnym momencie. Wszystko to po to, aby „wygrać” dyskusję. Zapominając, że celem dyskusji nie powinno być przekonanie jednej ze stron lub postawienie na swoim, ale raczej zrozumienie racji rozmówcy.

Tylko po co starać się zrozumieć drugą stronę, skoro w mojej głowie to ja mam rację? Po co sięgać do innych źródeł, skoro są fałszywe? Wprawdzie pomogłyby mi zrozumieć tok rozumowania rozmówcy, ale – co już udowodniłem – to nie ma sensu. Bo moja racja jest mojsza. Ja wiem. I nie będę szukał żadnych informacji – ani na potwierdzenie, ani na zaprzeczenie mojej wiedzy. Badanie źródeł? To dobre dla ludzi słabych. Mnie umacnia prawda.

To, co opisałem powyżej, to największa bolączki dyskusji w dzisiejszej Polsce. I to nie tylko sieciowej, ale też tej w realu czy starych mediach. Bez jej rozwiązania nie będziemy w stanie normalnie rozmawiać. Zawsze będziemy krzyczeć „ja panu nie przerywałem”, używać personalnych docinków i zbywać tych, którzy nie są tak oświeceni, jak my.

Ale wiecie, co jest gorsze? Że prawdopodobnie większość z Was potrafi bez problemu wskazać kogoś postępującego w sposób opisany powyżej, ale nie zastanowicie się, czy może ten problem nie dotyka Was. Zróbcie rachunek sumienia – czy zdarza się Wam wyrażać pogardliwie o osobach „z drugiej strony”? Czy staracie się je zrozumieć – ale tak faktycznie, a nie tylko w zgodzie z własnym wyobrażeniem? Czy rzetelnie sprawdzacie docierające do Was informacje, czy też może ulegacie efektowi potwierdzenia?

Lepiej być tym, który nie ma z kim podyskutować, niż tym, z którym nie ma co rozmawiać.