Czy można współczuć pedofilowi?

Dziś ciężki temat. Ale na takie też trzeba dyskutować. Bo jakoś same nie chcą zniknąć, gdy udajemy, że ich nie widzimy.

Ostatnio poruszył mnie krótki tekst na gazeta.pl (i jego źródło, nieco dłuższe na BBC) o belgijskim pedofilu, który nikogo nie skrzywdził, ale nie potrafi otrzymać pomocy. W związku z tym prosi o możliwość eutanazji. Udostępniłem ten artykuł na fejsie i… rozpętała się dość gwałtowna dyskusja.

Bo wiecie – z tego tekstu wynikało, że przydałoby się trochę współczucia dla pedofila.

Podkreślam – bohater artykułu nikogo nie skrzywdził. Cierpi ze swoją chorobą. Zdecydował się na ostateczny krok, jakim jest prośba o pomoc w samobójstwie. Ale nie może liczyć na współczucie, bo jest pedofilem. A z takim piętnem można liczyć tylko na lecące zewsząd kamienie.

Molestowanie seksualne dzieci to okropna zbrodnia. Dziwnym nie jest, że jej sprawców traktuje się z całą surowością prawa. Tylko że przez takich przestępców sam problem, jakim jest pedofilia, jest mocno nierozumiany. A to powoduje, że sprawy się tylko pogarszają.

W powszechnym mniemaniu pedofil to obleśny typ, czatujący na dzieci przy placu zabaw. W rzeczywistości jednak jest to osoba, która po prostu czuje pociąg do nieletnich. Tak, wiem, to straszne – ale zauważcie, że czuć pociąg nie musi oznaczać, że się go zaspokaja. Są na tym świecie pedofile, którzy nie krzywdzą dzieci. Którzy rozumieją, że przyszło im się zmierzyć z chorobą. I którzy szukają pomocy.

Tylko że jej nie dostają. Nasze społeczeństwa są w dużej mierze nastawione na karanie za popełnione przestępstwa, niż zapobieganie im. A właśnie zapobieganiem byłaby pomoc dla pedofilów, którzy nie skrzywdzili dzieci. Pomoc im – zanim niektórzy z nich się złamią i zrobią coś okropnego. Nie wszyscy się złamią, ale to igranie z ogniem.

Innym problemem jest, że nawet gdybyśmy chcieli, to nie do końca wiemy jak pomagać. Nie potrafimy jednoznacznie powiedzieć skąd się bierze pedofilia? Jaki odsetek społeczeństwa jest nią dotknięty (w mniejszym lub większym stopniu)? Czy oglądanie animowanych pedofilskich materiałów (a więc takich, przy powstawaniu których nikt nie ucierpiał) wygasza czy pobudza popęd seksualny u pedofilów? To są pytania, na które warto byłoby odpowiedzieć, aby móc pomóc pedofilom. Ale ponownie – potężne tabu, jakie się rozciąga nad tym tematem, uniemożliwia jego poznanie. Wszelkiej maści badania naukowe nad pedofilią nie są popularne i trudno się je przeprowadza.

Choćby dlatego, że ze względu na społeczne postrzeganie pedofilii trudno znaleźć ochotników do badań.

Podsumujmy to, co napisałem do tej pory – mamy poważną chorobę, która jest beczką prochu. Osoby nią dotknięte mogą w każdej chwili skrzywdzić niewinne osoby. Nie wiemy, jak moglibyśmy temu zapobiec i nawet nie próbujemy, bo odium ciążące na przestępcach stworzonych przez tę chorobę rozciąga się na wszystkich potrzebujących pomocy.

Widzicie tu błędne koło?

To nie jest prosty temat. Nie możemy jednak odwracać się od niego plecami, zatykać uszu, zamykać oczu i liczyć na to, że zniknie. Bo nie zniknie. Przyczai się gdzieś pod ziemią, ale będzie atakować. I wtedy oczywiście będziemy pełni współczucia dla ofiar, zapominając o tym, że można było przynajmniej spróbować coś zrobić.

Dlatego cieszę się, że od czasu do czasu temat pedofilii jest poruszany w innym kontekście niż tylko kolejnej głośnej afery. Może to być dokument o osiedlu zamieszkałym przez dawnych skazańców. Albo wstrząsająca historia nastolatka, który zdaje sobie sprawę z własnej pedofilii. Namawiam was do wyjścia ze strefy swoich komfortowych przekonań i poznania wielu odcieni szarości, w jakich występuje świat.

Choćby po to, aby w tych chorych osobach, zamiast bestii, którymi mogą się stać, zobaczyć ludzi, którymi są.

Jeśli podobał Ci się ten tekst, polub mnie na Facebooku!