9 lekcji, jakie wyciągnąłem z randki w Paryżu

Niczym w komedii romantycznej (ale takiej prawdziwej, a nie robionej dla kasy), wybraliśmy się na randkę do Paryża. Okazuje się, że randka może nie tylko bawić, ale także uczyć.

I mnie nauczyła tego i owego. Dziś natomiast chcę się podzielić tą wiedzą z wami. Oczywiście nie jest to wiedza dotycząca samej randki („trzymanie się za ręce zawsze na propsie”), ale raczej samego miasta. Nie spodziewajcie się ciekawostek w stylu „ile farby zużywa się na malowanie Wieży Eiffla”, ale raczej tego, czego w przewodniku nie znajdziecie.

  1. Paryżanie palą. Jak smoki. Palą wszędzie, palą dużo, palą często. Wydaje się, że nie słyszeli o tym, że palenie powoduje raka. Albo mają tak genialną profilaktykę. Poza paleniem wszędzie dmuchają dymem i siedząc w kawiarnianym ogródku trzymają papierosa tak, żeby przypalić kurtkę przechodzącemu turyście.20160517_180323
  2. Zielone światło. Na przejściu dla pieszych w cywilizowanym kraju mruga, żeby zasygnalizować, że za chwilę będzie czerwone. W Paryżu mruganie wyszło z mody – klik i jest czerwone. Nie wiesz kiedy, nie wiesz dlaczego. Wiesz tylko, że nie ma co się spieszyć przed przejściem.
  3. Język angielski. Coś z nim mają na pieńku, bo nawet obsługa w Luwrze nie władała nim. O ile nie chciała. Inny przykład – najstarsza kawiarnia w Paryżu (albo i na świecie), kelner przyjmuje od nas zamówienie po angielsku. Po chwili wraca ze sztućcami i pyta, kto co zamawiał. Po francusku. Ponieważ przy tej okazji unika kontaktu wzrokowego, przez chwilę nie wiem, że facet mówi do mnie.
  4. Wszystko tłumaczą. Prawna ochrona języka francuskiego jest niesamowita. Jeśli jakiś napis pojawia się po angielsku (co jest dopuszczalne), to obok widać jego wyjaśnienie. Najzabawniejsze było to w McDonald’s, gdzie nazwę street food menu wyjaśniono jako kuchnię inspirowaną miastem i podróżami (o ile wierzyć mojej nieznajomości francuskiego).
    20160517_223145
  5. Żabie udka. Najpopularniejsze porównanie każe powiedzieć, że smakują jak kurczak. Nieprawda. Smakują jak nic zmieszane z wodą. Na dodatek są raczej formą zabawy niż posiłku, bo po kilkunastu minutach pieczołowitego skubania całego talerza ma się mięsa może na dwa widelce. Góra trzy.
  6. Wieczne remonty. Francuzi dbają o to, aby żadnemu z turystów nie groził przesyt. Dlatego co jakiś czas zamykają inną atrakcję turystyczną. I zachęcają do powrotu. Podczas naszego pobytu naliczyłem trzy tego typu przeszkadzajki – jeden obraz w d’Orsay, sekcję malarstwa niderlandzkiego w Luwrze i Wielki Łuk w La Defense. Obraz przeboleję, ale za resztę to mają minus. A, podpowiedź – kupujcie bilety przez internet, omija się kolejki (poza Wersalem).
    20160518_122850
  7. Paryż gra i śpiewa. Może nie cały i nie wszędzie, ale na Pont Saint Louis widziałem codziennie innych artystów. Pierwszego dnia tradycyjnie – z gitarą. Drugiego – z kontrabasem. Gdy myślałem, że to granica, trzeciego dnia pojawił się facet z pianinem. Ależ to robiło klimat! Życzyłbym sobie, aby u nas też uliczni grajkowie czasem się wysilili i przyciągnęli ze sobą pianino.
    20160517_115309
  8. Paryż tańczy. Ponownie – może nie cały i nie wszędzie, ale nad Sekwaną widać było zorganizowane pokazy tańca. Tak po prostu. Wieczorem. Dla przyjemności. Dla treningu. Nie tańczę, ale z chęcią zobaczyłbym coś takiego u nas. Niesamowicie pozytywne to było.
    20160515_191436
  9. Japonia. Co tu dużo mówić – w Paryżu jest sporo Japończyków. Nie dziwi więc, że tamtejsza kuchnia japońska jest bliska temu, co można dostać Kraju Wschodzącego Słońca. Przede wszystkim – ramen. Taki sam, jak tam. Bogaty w smak. Rozgrzewający. Sycący. Pyszny. Po drugie – w Paryżu jest Book Off. Gdyby coś takiego było w Polsce, moje oszczędności topniałyby szybciej niż przy najlepszych zestawach Lego.
    20160517_173946

OK, stolica Francji za mną. Czy wrócę tam? Nie wiem. Nigdy nie mów „nigdy”, ale żeby mnie jakoś specjalnie ciągnęło z powrotem, to też nie skłamię. Ale jeśli ktoś nie był, to polecam. Gorąco.

A do was mam jedno ważne pytanie – dokąd teraz wybrać się na randkę?

  • verónica

    w wilnie wystawiają nawet fortepian.
    podobnież i we wrocławiu na rynku- można spotkać fortepian.

    za to fortepianina są w pradze 😉