Strach przed paryską randką

Kiedy mówiliśmy naszym znajomym, że wybieramy się na randkę do Paryża, reakcją najczęściej była życzliwość, wyrażona przynajmniej zwykłym „ale super”. Potem jednak często padało to jedno pytanie.

2015 nie był łaskawy dla francuskiej stolicy. Na początku roku strzelanina w redakcji Charlie Hebdo, a na koniec – seria zamachów. To wszystko sprawiło, że Paryż zaczął jawić się niektórym ludziom nie jako miasto miłości, a raczej wyjątkowo niespokojne miejsce. Dlatego opowiadając o naszych planach urlopowych musieliśmy zmierzyć się z jednym, często powracającym pytaniem.

Nie boicie się?

To jedno z tych pytań, na które trudno wymyślić oryginalną odpowiedź – tak samo jak „Śpisz?” albo „Czy widział pan tamten znak, panie kierowco?”. Bo co tu odpowiedzieć? Tak, boimy się i dlatego właśnie jedziemy do Paryża, bo uwielbiamy życie na krawędzi. Kurde, to Paryż, a nie Bagdad!

Na dodatek gdy odpowiadaliśmy przecząco, najczęściej padało coś w stylu „bo wiecie, te zamachy…”. Podobała mi się odpowiedź mojej żony – jak zginiemy, to przynajmniej razem. Fajne było też to, że niektórzy, widząc nasze lekceważenie niebezpieczeństw wyprawy i śmianie się śmierci w twarz, zaczynali uspokajać… Nas? Siebie? W każdym razie starali się zracjonalizować ten nasz szalony pomysł słowami „jak gdzieś już były zamachy, to raczej drugi raz ich tam nie będzie”.

Lubiłem wtedy im uświadamiać, że to właśnie w Paryżu zamachy były dwa razy. W ciągu roku.

Pojechaliśmy, wróciliśmy i nie mam pojęcia, czego mielibyśmy się bać. Paryż od mojej ostatniej w nim wizyty dziewięć lat temu nie zmienił się nagle w strefę wojny. Na ulicach nie są budowane barykady, nieba nie patrolują uzbrojone śmigłowce, a wieczorne spacery nad Sekwaną oświetlał nam księżyc i latarnie, a nie pociski smugowe.

Jedyną zmianą byli uzbrojeni policjanci i żołnierze, patrolujący ulice i okolice ważnych punktów turystycznych. Ale wiecie co? To sprawiło, że czułem się bezpieczniej. To trochę tak jak z przejściem ciemną alejką – niby widać, że nic się w niej nie czai, ale lepiej, jeśli gdzieś na horyzoncie jest patrol policji. Z tą różnicą, że nie mówię o ciemnej alejce, ale o mieście, którego symbolem jest wieża z gigantyczną latarnią na czubku.

Ale to pokazuje też, jak ciekawa (i ograniczająca) jest ludzka mentalność. Prawdopodobnie jest grupa osób, która nie pojedzie do Paryża, nawet mając okazję, bo się po prostu boi. Bo w ciągu ostatnich 12 miesięcy, a więc w czasie, jaki jeszcze dość dobrze pamiętają, doszło do zamachów. Jednocześnie idę o zakład, że ci sami ludzie mają znajomych pracujących w Londynie i jakoś nie drżą o ich życie – chociaż angielska stolica też swego czasu padła ofiarą zamachów!

Z drugiej strony – podejrzewam, że jest spora grupa ludzi, która nie odwiedza Polski ze względu na utrwalony w ich głowach obraz. Że jest tu dziko, niebezpiecznie, a po ulicach krążą watahy młodzieńców próbujących co wieczór odtwarzać Kristallnacht. Nie mówię, że Polska jest krainą bezpieczną niczym ramiona matki stojącej pośrodku skarbca szwajcarskiego banku, ale przyznacie, że postrzeganie naszego kraju jako jądra ciemności jest dość krzywdzące.

Wiem, że lęki są irracjonalne – ale to przecież możliwość ich przezwyciężania sprawia, że jesteśmy ludźmi. Tak, w Paryżu były zamachy, ale podejrzewam, że prawdopodobieństwo popełnienia następnego zamachu jest zbliżone dla Polski i Francji. Tylko że tam na ulicy jest uzbrojony żołnierz, gotów do działania, a u nas nie. Z drugiej strony – mieszkając w Polsce macie większą szansę zginąć z ręki pijanego kierowcy niż szalonego dżihadysty. Jeśli wziąć to pod uwagę, to może nawet bezpieczniej jest wyjechać.

O ile więc nie planujesz romantycznego spaceru po Kabulu, to nie obawiaj się wyjazdu. Najdrastyczniejsza rzecz, jak prawdopodobnie cię spotka, to poznanie świata i zmiana swojego sposoby myślenia. Ale jest to ofiara, na którą wszyscy jesteśmy gotowi.