Jak w trzy dni stworzyć coś wyjątkowego? Wywiad z Weroniką Uziak

Gdański Festiwal „Podaj Wiosło” to coroczne święto impro. To kilka dni niesamowitej zabawy, inspiracji i integracji całego środowiska. Nie byłoby go, gdyby nie ona – przed wami Weronika Uziak.

Weroniko, kim jesteś?

Jestem sobą i zajmuję się zmienianiem świata. Nie takiej odpowiedzi się spodziewałeś? (śmiech) Bardzo dziwnie to brzmi, ale myślę, że dotyka to istoty mojego życia. Kiedyś usłyszałam hasło „bądź zmianą, którą chcesz widzieć w świecie” i myślę, że jest to jakimś moim dalekosiężnym planem. Na co dzień organizuję różne wydarzenia kulturalne. Staram się zawsze szukać tego, co mogę tym konkretnym działaniem ofiarować uczestnikom i odbiorcom.

Ładnie powiedziane. A kim jesteś przy okazji „Wiosła”?

Wraz z Wojtkiem Tremiszewskim jesteśmy twórcami Wiosła. Oprócz tego wcielamy się w rolę szefów: Wojtek jest dyrektorem artystycznym, ja – organizacyjnym. Pełnię funkcję Prezesa Zarządu Fundacji Inkubator Kultury Kulmiasto, która od listopada 2013r. jest głównym organizatorem festiwalu.

Jest taka ładna etykieta „menadżer kultury”, nawet taką podyplomówkę ukończyłam. Gdy przychodzi mi tłumaczyć, na czym polega moja praca, lubię porównywać ją do układania torów. W tym odniesieniu festiwal jest rozpędzonym pociągiem, a my dbamy o to, by się nie wykoleił. No i po – zwijamy tory. To wszystko sprowadza się po prostu do wielu godzin rozmów oraz np. układania puzzli w Excelu.

IMG_6531Chciałem zapytać o „Wiosło”, ale zacznijmy od podstaw – czym jest impro?

Impro to improwizacje teatralno-kabaretowe, w których to, co dzieje się na scenie, powstaje na oczach i często przy udziale widzów. Niesamowite jest to, że poprzez możliwość rzucania sugestii, wpływanie na akcję na scenie, inaczej odczuwa się bycie na widowni – może można to nazwać współuczestnictwem? No i świadomość, że to, co się dzieje, już nigdy się nie powtórzy… Moje długie wywody na temat impro zazwyczaj kończy – najlepiej przyjdź i zobacz.

A skąd impro w Twoim życiu?

Impro poznałam w Wybrzeżaku, początkowo sekcji edukacyjnej Teatru Wybrzeże, później Stowarzyszeniu Teatralno – Edukacyjnym. Uczęszczaliśmy na warsztaty, graliśmy w spektaklach, mogliśmy samodzielnie tworzyć… Myślę, że nie to było najważniejsze. Wybrzeżak był wspaniałym miejscem, przestrzenią do twórczego pożytkowania nadmiaru energii. Był energią przepływającą pomiędzy ludźmi. Niesamowite uczucie: nie istotne było to, skąd się pochodzi, jakie się ma poglądy – ważne, że wspólnie tworzyliśmy. Pracowaliśmy dużo dramowo, improwizacyjnie, pewnie z elementami teatru forum.

Jak trafiłaś do Wybrzeżaka?

Gdy miałam 13 lat – czyli była to faza niespokojnej nastolatki – trafiłam na warsztaty do Wybrzeżaka. Pamiętam wprowadzenie ówczesnego szefa, motoru napędowego Wybrzeżaka – Adama Jagiełło-Rusiłowskiego. Nie zrozumiałam wiele z tego, co mówił wtedy, ale poprzez dalsze działanie widziałam to, o czym opowiadał. A najbardziej: jesteśmy tu dla siebie, by być twórczymi. Myślę, że tam nauczyłam się bardzo dużego szacunku do innych, ale też do siebie samej. Poznałam radość z poznawania siebie i innych. I ten moment, gdy to, co robisz, czego się nauczyłaś, wywołuje aplauz.

Widzę, że Wybrzeżak wywarł na Tobie spore wrażenie.

Myślę, że w dużej mierze to, kim jestem, zawdzięczam Wybrzeżakowi. I czuję, że mam zaciągnięty dług wdzięczności…

Kultura ma niesamowitą siłę oddziaływania na życie człowieka, szczególnie gdy się ją robi. Myślę, że tym kierowałam się idąc na studia, na Wiedzę o Teatrze na Akademii Teatralnej w Warszawie. Kultura to dla mnie narzędzie do wprowadzania zmian.

Wracając zaś do impro – skąd wzięło się w Wybrzeżaku?

Przybyło do nas ze Stanów Zjednoczonych, dzięki współpracy z Uniwersytetem Północnego Iowa. Był taki mecz między Wybrzeżakami a grupą studentów, którzy stamtąd przyjechali, w styczniu 2003r. Gdy pisałam pracę magisterską, odszukałam notki prasowe z tego wydarzenia – totalnie nie wiedzieliśmy, że to impro, ani czym jest impro! Drugim plusem współpracy było to, że Wybrzeżaki mieli możliwość studiowania przez rok na tamtej uczelni. Magda Bochan (obecnie Bochan-Jachimek) przywiozła książkę Violi Spolin Improvisation for the theater. Szymon Jachimek w 2004r., po powrocie, zaczął prowadzić warsztat impro,  który w 2007r. przejęła Małgorzata Różalska. Natomiast Wojtek Tremiszewski, po powrocie ze Stanów, w styczniu 2006r., skrzyknął Wybrzeżaków, by trenować impro… Myślę, że na tym też polegała specyfika wprowadzania impro w Gdańsku, która była jedną z metod pracy uwalniającej kreatywność, pobudzającej twórczość. Myśmy nie znali wtedy Whose Line is it Anyway?.

Tutaj działo się impro, a Ty studiowałaś poza Gdańskiem…

Ale byliśmy w kontakcie. I to nie tylko, gdy mieszkałam w Warszawie, ale też w Berlinie… Słyszałam o rozpadzie Wybrzeżaka. Słyszałam o tym, że Wojtek z częścią Wybrzeżaków trenuje impro i występuje z impro. Później dowiedziałam się, że Wojtek powołał do istnienia grupę W Gorącej Wodzie Kompani. Gdy mój początkowy temat pracy magisterskiej nie wypalił -chciałam napisać o Festiwalu Kabaretów i Teatrów Studenckich „Wyjście z cienia”, – szukając tematu pomyślałam o nich.

Jak rozumiem – byłaś jedną z pierwszych pisząc na ten temat? Łatwo nie było…

To była walka o znalezienie promotora, z materiałami. Z obecną wiedzą patrzę wstecz i myślę: naprawdę się na to porwałam? Zaczynając pisać nie znałam Keitha Johnstona, nie miałam pojęcia, że jest coś takiego jak Whose Line. Na szczęście w swojej pracy skupiałam się na działaniu Kompanów, rys historyczny czy sytuacja w Polsce były tylko wprowadzeniem. Może tym się bronię choć trochę. W każdym razie starałam się zrobić to jak najrzetelniej, też poprzez ankiety wśród widzów czy długie nagrania rozmów z Kompanami. No i dużo się dowiedziałam podczas pisania tej pracy.

Teoretyk impro – dobrze trafiłem. To teraz pójdźmy dalej: czym jest „Podaj Wiosło”?

„Podaj Wiosło” jest świętem Impro, zarówno dla improwizatorów jak i widzów. Jest to też świetny moment na przyjście i zapoznanie się z Impro, gdyż staramy się zapraszać najlepsze grupy impro z Polski. Sądzę, że na Wiośle można poznać i posmakować różnych odcieni impro – i tych kabaretowych i tych bardziej teatralnych.

I tu na marginesie – Wiosło obecnie ma dwa znaczenia. Odnosi się bezpośrednio do Festiwalu „Podaj Wiosło”, ale też jest takim parasolem skupiającym inne działania przez nas robione. W kwietniu odbył się I Ogólnopolski Przegląd Impro dla Dzieci „Wiosełko”. To Wiosło dla najmłodszych. Merytorycznie i artystycznie ogarnia je Gosia Tremiszewska, która – poza tym, że jest świetną improwizatorką – ma niesamowitą wrażliwość na formy dla dzieci. W październiku odbędzie się II Festiwal Trójmiejskich Improwizatorów „Podaj Pagaj”, czyli Trójmiejskie Wiosło. W drugiej połowie roku odbędzie się po raz drugi cykl warsztatów na pograniczu impro i psychologii w prowadzeniu Ewy Czernowicz. Każde z tych działań wynika z potrzeb środowiskowych, które dostrzegamy.

Skąd pomysł na taki festiwal?

Hasło „festiwal” pojawiło się w mojej głowie podczas pisania pracy magisterskiej. Gdy robiłam research na temat tego, co dzieje się w Polsce – w 2010r., gdy się broniłam, było 7 grup, o których można było znaleźć informacje w internecie – bardzo zdziwiłam się, że nie ma prób integracji środowiska. Pierwszy raz powiedziałam o tym pomyśle po obronie pracy magisterskiej, gdy profesorowie zapytali mnie „co dalej zamierzam robić w życiu”. Powiedziałam, że nie mam pojęcia, że wracam do Gdańska i w ogóle fajnie by było, by powstał festiwal impro. Po raz drugi powiedziałam o tym Wojtkowi Tremiszewskiemu. Do dziś nie potrafię zrozumieć tego, że mi zaufał. To nie jest tak, że chciałam zrobić festiwal. Widziałam, że jest to potrzebne działanie, że w Gdańsku mamy zaplecze super improwizatorów, na których występy przychodziło bardzo wielu widzów. I dziwiłam się bardzo, że nikt inny tego nie zaproponował..

IMG_6527

I tak usiedliście razem i zrobiliście festiwal?

Jeżeli dobrze pamiętam, na moje pytanie: „czemu nie zrobić festiwalu?”, Wojtek spytał: „jak to widzisz?”. Zgodziliśmy się wtedy, że chcemy, aby było to święto impro. Że nie będzie miało formy konkursowej, tylko przeglądową. Rozmawialiśmy o tym, na jakim festiwalu chcielibyśmy być. Po naszej rozmowie z Wojtkiem dostałam pracę etatową i wycofałam się. Wróciłam do rozmowy po ponad pół roku. Już wtedy zmienił się trochę świat – w drugiej połowie 2011 roku odbyły się dwa festiwale: w Konstancinie-Jeziornej grupy Ab Ovo i Krakowie grupy Ad Hoc. Ale się zorganizowaliśmy. W marcu 2012 zainaugurowaliśmy I Podaj Wiosło. Ta półroczna przerwa to był chyba jedyny poważny kryzys . (śmiech)

Jedyny? W całej historii festiwalu?

Jak w każdym działaniu, pojawiają się niespodzianki, nowe wyzwania, nieprzewidziane okoliczności, które wolę określać mianem sytuacji do rozwiązania niż kryzysu czy problemów.

Wróćmy do organizowania pierwszego festiwalu. Usiedliście z Wojtkiem Tremiszewskim po raz drugi…

Zastanawiam się, czy mogę aż tak zakulisowo o tym opowiedzieć. Po tym ponad pół roku napisałam smsa do Wojtka. Przeprosiłam za wcześniejsze wycofanie, zapytałam o chęć ponownego spróbowania. Tylko, że smsa zakończyłam zdaniem w stylu: „jeśli chcemy starać się o dofinansowanie z miasta, mamy trzy dni”. Nerwowo przegryzałam wargę do momentu, gdy po chwili Wojtek odpisał, że wchodzi w to. Więc nie mieliśmy czasu na to, aby usiąść i porozmawiać. To były trzy dni ustaleń telefonicznych i mailowych. Skonstruowania „Podaj Wiosła”, bo wtedy też dopiero nadaliśmy nazwę. Musieliśmy też posiadać konkretne ustalenia: datę, miejsca, listy intencyjne, etc, etc. Włączając w to zdobywanie rekomendacji – istne szaleństwo zakończone napisaniem wniosku.

Stworzyliście drużynę od „Wiosła”?

W naszym teamie podział decyzyjności jest z jednej strony wyraźny, z drugiej strony jesteśmy w tym wspólnie. Za wszystkie sprawy artystyczne odpowiada Wojtek. Po naszym wstępnie ustalonym programie, dzwoni i zaprasza grupy gości na festiwal. Czuję się każdorazowo zaszczycona, gdy rozmawiamy na tematy programowe, gdy bierze pod uwagę moje zdanie. Z drugiej strony, zastanawiam się czasem, czy mnie nie zabije, gdy znów dzwonię skonsultować sprawy organizacyjne.

I wszystko robicie sami, we dwójkę?

Znajomi, posiadający Stowarzyszenie Społeczno – Artystyczne Kultywator, użyczyli nam swojej osobowości prawnej. Wtedy też, co było bardzo mądrym posunięciem z ich strony, całość praw autorskich dotyczących Wiosła przenieśli na nas dwoje. To było o tyle ważne, że rozstaliśmy się w przyjaźni, gdy powiedziałam, że jestem gotowa założyć własnego NGO’sa. Od samego początku towarzyszyli nam Kompani, wolontariusze…

Dopiero po drugim „Wiośle” założyliśmy własną fundację, która działa w pionie „organizacyjnym”. Inkubator Kultury Kulmiasto obecnie tworzą wspaniali ludzie, którzy bardzo dużo swojego czasu i energii wkładają w Wiosło. Anna Maria Piotrowska, Beata Borawska, Szymon Kabaciński. W tym roku dołączyli do nas Karol „Rzaba” Chmielewski i Michał „Niedźwiedź” Szwedow. Oprócz tego organizacyjnie pomaga nam od wielu lat Karolina Rucińska. I cała rzesza ludzi z organizacji partnerskich i wolontariuszy – gdybym chciała ich wszystkich wymienić, to zajęłoby dużo czasu, a i tak mogłabym kogoś pominąć (za co już przepraszam, jeśli ktoś czuje się pominięty). I każdy wkłada siebie – niesamowite. Wciąż uczymy się współpracować, współtworzyć. Chyba czasem za mało im mówię, jacy są super.

Mówiąc krótko – robienie „Wiosła” to praca na pełen etat?

Festiwal robimy „po godzinach”. Część działań towarzyszy nam przez cały rok: po Wiośle jest rozliczenie, jesienią jest Pagaj i układanie programu na kolejny rok, zimą pisanie wniosku do Miasta, wstępne rozmowy z grupami, rozliczanie i sprawozdanie za rok poprzedni… Styczeń-luty to nerwy, jak ocenią wniosek, obowiązki księgowe. Największa mobilizacja i największy wysiłek to czas oczywiście okołofestiwalowy- marzec i kwiecień. I później październik z Pagajem. I tak to się kręci.

Na czym polega wyjątkowość „Wiosła”?

Wyjątkowość zapewniają wspaniali improwizatorzy, na czele z Wojtkiem Tremiszewskim, którego bardzo cenię. Podaj Wiosło jest takim rodzinnym świętowaniem. Okazją, dzięki której mamy czas pobyć ze sobą. Jest też swoistym lustrem – pokazuje, co dzieje się w świecie impro.

Ważna jest też atmosfera, na którą składa się również to, że wiele osób zaangażowanych w organizację festiwalu, pokochało impro – wydaje mi się, że to czują. Że zarówno Teatr Miniatura, Nadbałtyckie Centrum Kultury jak i Klub Muzyczny Dobry Wieczór – rokrocznie zgadzają się na ten swoisty Woodstok teatralny, jak określają nas realizatorzy z Miniatury, i z całym otwartym sercem wchodzą w tę jazdę bez trzymanki. Bo od strony organizacyjnej to jest wyzwanie.

A czy nasze gdańskie „Wiosło” jest wyjątkowe w skali kraju?

Myślę, że tak. Ale na czym ta wyjątkowość polega – nie wiem. Jest wspaniały festiwal impro w Krakowie – Improfest. Mam poczucie, że idziemy ramię w ramię. I tylko pozostaje cieszyć się, że nasze festiwale są co pół roku, że pomiędzy festiwalami zdążamy się za sobą stęsknić. Myślę, że każde święto impro jest super, i że fajnie jest się wspierać nawzajem. Poza tym każdy festiwal ma szansę wzbogacić środowisko, spotkanie twórczych energii otwiera novum, stymuluje do pójścia dalej. I jest też szansą na promocję tej sztuki.

Powspominajmy – jak to wszystko wyglądało na początku? Jak się zorganizowaliście?

Przed pierwszym Wiosłem prawie każdą rozmowę zaczynałam od tłumaczenia, czym jest Impro. I co – razem z Wojtkiem– chcemy zrobić. Teraz już jest troszkę inaczej, ale wciąż zdarza mi się opowiadać „od początku”. Bardzo dużo opowiadałam o grach, podając przykłady. Wtedy jeszcze prawie nikt nie robił długich formatów! Teraz opowiadam i o krótkich i długich formach. Tłumaczę, czym według mnie różni się impro od „Spadkobierców”, którzy moim zdaniem są formatem komedii dell’arte, choć to odkryłam dopiero po napisaniu magisterki. Że jest ono bardzo uzależnione od danej grupy, bo bazuje na wrażliwości i poczuciu humoru występujących.

A jak wyglądało pierwsze „Wiosło”?

Podczas pierwszego Wiosła w 2012r. były występy własne 7 grup. Wtedy to stanowiło większość z grup impro w Polsce. Był wspólny mecz „Impro Euro 2012”. Był też jeden wspólny warsztat dla wszystkich improwizatorów. Grupy wtedy występujące, poza „W Gorącej Wodzie Kompani” – czyli grupą Gospodarzy – prezentowały swoje wykonanie krótkich formatów. „Kompani” zaprezentowali długą formę. Taką parateatralną – w konwencji amatorskiej grupy teatralnej. Warsztat to było szaleństwo w czystej postaci. Dla wszystkich grup gości. Każda grupa miała możliwość współprowadzenia, by jak najbardziej podzielić się swoimi metodami pracy.

A ten mecz?

„Impro Euro 2012” było formą pozornej rywalizacji, grupy gości walczyły o fikcyjny laur zwycięstwa. Przydzielaliśmy im kraje, których byli reprezentantami, publiczność miała wymalowane flagi na twarzach. Szał.

Finałem zaś była reaktywacja Wybrzeżakowego „Podaj Wiosła”.

Słucham?

Tak, był spektakl „Podaj Wiosło”. Wybrzeżakowe „Podaj Wiosło”, w reżyserii Marzeny Nieczuji-Urbańskiej, było na wpółimprowizowanym formatem głupkowatego szoł. Prowadzącym był Wojtek Tremiszewski. Do niego przychodzili goście – zarówno „starzy Wybrzeżacy” jak i grupy gości. To było dla nas – tak myślę – swoiste przejście od Wybrzeżaka do festiwalu…

Porównując to z programem tegorocznego „Wiosła”, widzę sporo zmian.

Od drugiego „Wiosła” na festiwalu pojawiły się Impro Igrzyska. Jest to format, w którym młodsze grupy impro, albo te, które nie dostały zaproszenia, mogą pojawić się na chwilę, zaprezentować – a tym samym być na całym festiwalu i integrować się ze środowiskiem. Na Impro Igrzyska corocznie ogłaszamy nabór i spośród zgłaszających się z Wojtkiem wybieramy 4 grupy Impro Olimpijczyków. To też jest jedyna część festiwalu, która nosi znamiona rywalizacji, gdyż walczą między sobą o głosy publiczności. Staramy się to podkreślać, że jest to konkurs uznaniowy, że nagrodą jest „szacun” widzów.

Ale zmieniło się też to, co widać na scenie – dominują raczej długie formy.

Od drugiego Wiosła grupy chciały już grać długie formy – staramy się, aby przynajmniej jedna grupa podczas festiwalu zaprezentowała krótkie formy. Długie formy też się różnią na przestrzeni tych lat. Pojawiają się bardzo różne formaty. Na początku więcej było „znanych”, jak np. Armando czy Living Room, teraz zdecydowana większość jest autorska. Mam też takie poczucie, że w którymś momencie był rozkwit form długich, spektaklowych – na całą długość występów, a później był większy powrót do „aktówek”. Pojawiło się więcej mechanizmów bawiących się formą – jak na przykład genialny „Restart” Ad Hoców. Pojawiły się formy, gdzie nie widać mechanizmów formatu… W tym roku po raz pierwszy – i to znów Ad Hoc – widziałam format z udziałem widza, który grał główną rolę.

Kolejną zmiana wprowadzoną po pierwszym festiwalu jest Grand Final – spektakl wieńczący „Wiosło”. Jest to autorski pomysł Wojtka na długą formę, w której biorą udział przedstawiciele grup Impro. Od trzeciego Wiosła nie ma już „Kompanów”, czyli „gospodarzy” – ale ludzie z dawnych „Kompanów” rokrocznie są zaangażowani w rożne działania festiwalowe. Od zeszłego roku w niedzielne przedpołudnie improwizatorzy jadą na „improśniadanie na plaży”.

I tak dochodzimy do „Wiosła” AD 2016.

W tym roku po raz pierwszy odbył się wieczór duetów – pewnego novum w środowisku. Zaprezentowało się trio oraz 3 duety. Oprócz nich było sześć grup gości. Łącznie dziesięć grup – nawet nie dodając do tego Impro Olimpijczyków czy grup Wiosełkowych, jest to chyba rekord ilościowy improwizatorów. Grand Final. Osiem warsztatów –cztery zamknięte dla grup gości i olimpijczyków, otwarty dla grup impro, wiosełkowy, tzw. średniozaawansowany oraz dla początkujących.

Pięć lat, a tyle zmian!

Chyba elementem wspólnym jest to, że wszystko to kręci się wokół impro, że na trzy dni zapominamy o zewnętrznym świecie i smakujemy impro, rozmawiamy, bawimy się do wczesnych godzin porannych…

IMG_6533Te zmiany to chyba naturalna konsekwencja zmian samego impro?

Impro bardzo się zmienia. Już wspomniałam o przejściu w długie formaty. Coraz głośniej mówi się o slow impro, bardziej osadzonym na relacjach niż na żartach. Mam poczucie, że improwizatorzy są już mocno osadzeni w tym świecie. To widać w występach. Podoba mi się to, że ten świat jest coraz bardziej zróżnicowany, że zaskakuje. Wydaje mi się, że jeszcze są sufity do rozwalenia, ale to jest zadanie improwizatorów. Niech poszukują dalej. Niech utrzymują ten żywioł.

A czy jest coś, co Ty byś chciała zobaczyć w impro?

Trochę brakuje mi obecnie docenienia krótkich form. Od tego wszyscy zaczynają, ale później postrzegają długie formy jako wyższy stopień rozwoju. Nie neguję tego podejścia, chciałabym po prostu, aby docenić tę różnorodność. Tak, brakuje mi krótkich form w mistrzowskim wykonaniu.

Przez te pięć edycji „Wiosła” jedna rzecz pozostała niezmienna – miejsce.

Gdy ruszaliśmy z Wiosłem bardzo nam zależało na przestrzeni teatralnej. Wtedy Impro było kojarzone z pubami, klubami i kabaretem. Chcieliśmy więc nadać trochę inną znaczenie temu wydarzeniu.

I tak pojawił się Teatr Miniatura?

Gdy podejmowaliśmy decyzję przed pierwszym „Wiosłem”, na pewno znaczenie miało to, że w Miniaturze odbywał się Festiwal „Wyjście z cienia”, dzięki czemu kojarzył nam się z otwartością na takie działania, z atmosferą rodzinną. Bardzo się cieszę, że ówcześnie świeżo wybrany dyrektor – Romuald Wicza Pokojski nam zaufał. I że ta współpraca trwa i się rozwija.

Inną sprawą były kontakty z realizatorami z Miniatury. Jedną z najtrudniejszych rozmów, które odbyłam, była rozmowa już przed samym festiwalem,– gdy w pełni świadoma, jak wygląda praca w teatrze, powiedziałam: panowie, ale wy nie dostaniecie scenariusza. Nie wiem nawet, ile osób będzie występowało. I ich spojrzenie mówiące „ale brak profesjonalizmu”. Przynajmniej ja tak je odczytałam. Po pierwszym „Wiośle” nas pokochali, do dziś współtworzą z nami festiwal.

Nie boisz się, że „Wiosło” za jakiś czas przestanie się mieścić w Miniaturze?

Wbrew pozorom teatr nie jest taki mały, ma 301 miejsc – Wybrzeże ma niewiele większą publiczność. Ale fakt, że gdy mamy wyprzedaną widownię, pojawia się pytanie – co dalej? Czy jesteśmy w stanie zrezygnować z tej teatralności i bliskości na rzecz większej widowni? Nie wiem.

Pięć festiwali za nami – to może jak na klasycznej rozmowie o pracę: jak widzisz „Wiosło” za pięć lat?

Za 5 lat? A jak ten festiwal będzie wyglądał za rok? Nie mam pojęcia! Może Wojtek wie! (śmiech) Ze swojej strony mogę powiedzieć o takim małym marzeniu, którego dotychczas nie zrealizowałam – chciałabym być spokojniejsza o finansowanie Wiosła. Ten festiwal nie jest możliwy tylko w oparciu o wpływy z biletów, choć są one ważnym elementem kosztorysu. Cieszę się, że już pięciokrotnie otrzymaliśmy dofinansowanie ze środków Miasta Gdańsk. Ale gdyby tak mieć partnera biznesowego…

Słyszę w Twoim głosie nutkę rozmarzenia…

O partnerstwie biznesowym tylko słyszałam, ale z tego co wiem, nie opiera się tylko o mechanizm sponsorowania (choć tu też bym pewnie nie odmówiła). Jest to też myślenie nad wspólnymi inicjatywami, czy to na rzecz festiwalu, czy na rzecz firmy partnera. Impro świetnie nadaje się czy do szkoleń, czy do integracji…

Wracając do tematu, chcę wierzyć w to, że „Wiosło” będzie, dopóki jest w nim siła. Że nie dojdziemy do takiego etapu, że przestaniemy kochać je robić, albo zaczniemy odgrzewać to, co się sprawdziło. Trzymajcie kciuki, współtwórzcie to z nami, aby Wiosło miało swoją moc.

Wiem, nie tylko dzięki tej rozmowie, że wkładasz w „Wiosło” masę energii i czasu. Co z tego wszystkiego ma osobiście ta Weronika, która zmienia świat?

Zdradzę teraz jeden z moich najbardziej wstydliwych sekretów. Publicznie. Mam taką właściwość organizmu i oczodołów, że wzruszam się dość łatwo, a najbardziej – gdy ktoś jest szczęśliwy. Gdy zadzieje się mega pięknie na scenie – wzruszenie. Udany występ – wzruszenie. Rozmowy od serca – wzruszenie. Ktoś mi powie, że coś dla siebie odkrył – wzruszenie. I corocznie to dostaję, i kumuluje się to również na koniec festiwalu – gdy po Grand Finale Wojtek woła nas na scenę, gdy sobie dziękujemy w kuluarach, gdy się żegnamy „do następnego razu” ze świadomością, że już po, że teraz powrót do codzienności, coroczna depresja „po”. Wzruszenie. Czasem myślę, że może robię to dla tego wzruszenia? Bo czy można dać człowiekowi coś więcej, niż to, by był szczęśliwy?

W końcu czy nie od tego są święta?

Foto: Podaj Wiosło, autor: Wojtek Rojek

  • Zacny wywiad, powiadam. 😉 Sporo istotnych informacji, dobra dawka emocji.