Z życia wzięte: przyszłość

Nadal większość mojego życia spędziłem w wieku XX, więc ten XXI ciągle potrafi mnie zaskoczyć.

Pisałem kiedyś, że żyjemy w przyszłości. Tej, o której jeszcze w czasach naszego dzieciństwa mówiono w programach popularnonaukowych. Wbrew prognozom nie mamy latających deskorolek, odrzutowych plecaków ani nie spędzamy wakacji na Księżycu. Zamiast tego mamy śmieszne memy, filtry na Instagramie i fiata multiplę.

Fakt, mogliśmy trafić lepiej, ale źle też nie jest. To najspokojniejszy czas w historii ludzkości, długość życia bije kolejne rekordy, śmiertelność noworodków leci na pysk i dziennie możemy przyswoić więcej informacji niż średniowieczny chłop w ciągu roku. Do tego żyje się wygodnie, zdrowo i z łatwym dostępem do narkotyków.

Podoba mi się ta przyszłość, to chcę powiedzieć.

Oczywiście – wszystko ma swoją cenę. Staliśmy się produktami wystawianymi na sprzedaż reklamodawcom, nasza prywatność jest walutą drastycznie tracącą na wartości, a lada moment każde pierdnięcie będzie rejestrowane na minimum kilkunastu serwerach.

Ponownie – nie mam z tym problemu. Cena to cena, w większości płacę ją dobrowolnie, poza tym nie mogę (i nie chcę) uciec przed dobrodziejstwami przyszłości za cenę ukrycia mojej historii przeglądania przed anonimowym analitykiem z NSA. Pewnie i tak oglądamy to samo porno.

Ale przychodzą momenty, kiedy dociera do mnie jak wiele wie o mnie Wielki Brat dzięki setkom drobiazgów i… nie, nie buntuję się. Czuję się trochę nieswojo, ale generalnie dziwię się. Bo wiecie, ja to jednak urodziłem się i wychowałem w XX wieku. Pamiętam jeszcze PRL.

Dlatego dziwi mnie, że mój telefon pamięta, gdzie zaparkowałem samochód. Sam wykoncypował gdzie mieszkam i gdzie pracuję – oraz w jakich godzinach. Gdy przychodzi pora powrotu do domu, informuje mnie, ile potrwa podróż i gdzie są korki (nie nauczył się jeszcze idei pracy w nadgodzinach, ale pewnie następna aktualizacja to załatwi). Gdy przyjadę do pracy rowerem, podaje mi czas powrotu na rowerze – bo zapamiętał, że rano udałem się do pracy inną trasą i wolniej niż zwykle.

A gdy już do tego przywyknę, wycina taki numer, jak ostatnio.

Kupiłem bilety na samolot. Zapłaciłem. Spojrzałem jeszcze na potwierdzenie złożenia rezerwacji na stronie linii lotniczych i odpaliłem kalendarz sieciowy, aby umieścić tam godzinę wylotu. I zdębiałem. Ona już tam była.

W ciągu tych kilku chwil od momentu podania numeru karty płatniczej do otwarcia kalendarza w nowej zakładce linia lotnicza wysłała automatycznego maila z potwierdzeniem. GMail wychwycił, że to mail z informacjami o locie. Przeanalizował treść maila, wyłowił z niego godzinę wylotu i umieścił w kalendarzu.

Wow. Przyszłość myśli za mnie i oszczędza mi kilku kliknięć, samodzielnie zarządzając moim kalendarzem.

Gdyby okazało się, że to żaden automat, tylko jakiś praktykant w Google dodał to ręcznie, byłbym zapewne mniej zdumiony.

  • Trochę mnie to przeraziło

    • Mnie w pierwszej chwili też. Ale potem sobie uświadomiłem, że to nie jest tak, że Google śledzi mnie. Google śledzi wszystkich swoich użytkowników. Miliony. Maszynowo i automatycznie. Jeśli dzięki temu mam nieco łatwiej, to mogę tę cenę zapłacić.