Z życia wziete: #nevergrowup

Wolę o sobie mówić, że jestem pełnoletni, niż dorosły.

Już kiedyś pisałem o tym, że pełnoletniość to najlepszy okres w życiu, przebijający liceum czy studia. Nie oznacza to jednak, że ukończenie osiemnastego roku życia albo zakończenie studiów należy przyjąć w garniturze, z mocnym postanowieniem spędzania resztek wolnego czasu na tak zwanych dojrzałych zabawach.

To znaczy wiecie – garnitur zawsze spoko, żeby nie było.

Ja wybrałem właśnie taką drogę. Dorosłości bez zabijania tej dziecięcej frajdy, a nawet z możliwością jej wzrostu. Kiedyś stwierdziłem, że czasem budzi się we mnie wewnętrzne dziecko. Moja żona odpowiedziała wtedy, że to nieprawda – ono po prostu czasem zasypia. To własnie dlatego kupuję dla siebie Lego czy komiksy, gram w gry komputerowe i wolę czas wolny spędzać na wygłupach nad planszówką niż na oglądaniu „Faktów”.

Dlatego właśnie przy okazji niedawnego remontu zrobiliśmy coś, o czym marzy każdy kilkulatek. Ale po kolei.

Aby móc gruntownie wyremontować nasze centrum sterowania światem (czyli m.in. zedrzeć tapety), konieczne było wyniesienie wszystkich mebli z jednego pokoju do drugiego. To zadanie wydawało się nieco ponad siły naszej dwójki, więc zaprosiliśmy znajomych do pomocy. Każda okazja do spotkania jest dobra. Na noszeniu ciężkich mebli zeszło nam kilka godzin, ale gdy już uporaliśmy się z zadaniem stwierdziłem, że należy się nam wszystkim jakaś nagroda.

Przyniosłem więc garść mazaków i długopisów, po czym powiedziałem:

– No to rysujemy!

I wskazałem na odsłonięte ściany, pokryte starymi tapetami. Zasada była jedna – można robić czego dusza zapragnie. Rysowanie? Oczywiście. Pisanie? Jasne. Próby zrywania? Jak najbardziej wskazane. Tapety i tak szły na śmietnik, więc szkoda było zmarnować taką okazję.

Dalej niech przemówi obraz (kliknij na dowolne zdjęcie, aby otworzyć galerię).

Teraz mamy śliczne, białe ściany bez tapet. Ale nie wykluczam przyozdobienia ich choćby małym rysunkiem. Przecież nie będziemy mieć takiego nudnego, dorosłego pokoju.

Czego również i wam życzę. Odkryjcie w sobie dziecko (jeśli jakimś cudem udało się wam je zgubić), chwytajcie za flamastry i do ścian!

PS: Tytuł tego wpisu to oczywiście nawiązanie do świetnego bloga Michała.