Z życia wzięte: sklep rybny

Lubicie te wszystkie starsze panie, które po prostu muszą porozmawiać z ekspedientką o życiu? No właśnie.

Wszedłem tylko na chwilę, kupić ryby. Bo to rybny był. Wędzone albo w oleju. W sumie lubię takie i takie. W occie też mogłyby być, czemu nie? Tak wiecie – wpaść, kupić i popędzić dalej.

Ale w środku stały dwie panie. Stojące tuż przy kasie. Starsze, bo jakżeby inaczej. Rozmawiające, bo przecież. Zawzięcie i na każdy temat, ale dalekie od jakiegokolwiek zakupu.

Nie, zaraz, kłamię. Były dwie, ale rozmową bym tego nie nazwał. Raczej monologiem ze wspomaganiem. Jedna może coś tam zdawkowo bąknęła od czasu do czasu, nie pamiętam. Za to ta druga… mówiła za siebie i za koleżankę. A niewykluczone, że również za szczerze uśmiechniętą ekspedientkę, opierającą się o ladę. I za mnie, chociaż dopiero wszedłem.

– Proszę, co podać? – Zagadnęła sprzedawczyni.

Zbyłem ją uprzejmym pokręceniem głową i wymruczanym pod nosem „zarazchwileczkęwłaśniemyślę”. Ale wcale nie myślałem i wcale nie chwileczkowałem. W ciągu tych kilkunastu – kilkudziesięciu sekund zapomniałem o rybach wędzonych i w oleju. I o tych w occie. Chłonąłem to, co mówiła stojąca obok kobieta.

A mówiła, że za komuny prowadziła bufet. Niedaleko stoczni (podała nazwę zakładu).

Że jak zaczęły się strajki, to po prostu weszła do stoczni i tam została.

Że była w samym centrum Historii.

Że potem miała problemy z bezpieką.

Że ma dzieci za granicą i że wychowywała je samodzielnie.

Że prowadziła biznes – już za demokracji.

Że zdiagnozowano u niej raka.

I że się nie dała skurczybykowi i właśnie zakończyła leczenie.

Wszystko to było ze sobą logicznie powiązane w całkiem spójną historię, której przytoczenia się nie podejmę. I wszystko to trwało jakieś dwie minuty. Góra. A ja stałem i słuchałem jak oczarowany.

Ekspedienta wreszcie przekonała mnie, żebym kupił, bo mówiąca pani stoi i mówi poza kolejką. A jej mniej gadatliwa koleżanka i tak wyszła. Kupiłem co miałem kupić i też zbierałem się do wyjścia:

– Do widzenia, miłego dnia – pożegnałem się tradycyjnie, po czym odwróciłem się do samotnej klientki. – A pani to dużo zdrowia życzę.

– Ja przepraszam, że tyle mówię – zaczęła z uśmiechem. – Ja to mogę zanudzić na śmierć.

– Ależ nie zanudza pani – odparłem zgodnie z prawdą.

– Coś panu powiem – zaczęła, a ja, choć jedną nogą stałem już na zewnątrz, cofnąłem się do sklepu.

– Może pan to potraktować jak głupotę – zaczęła asekuracyjnie – ale niech pan spisze na kartce swoje marzenia. Najlepiej dziś, zaraz. I niech pan co jakiś czas do nich wraca.

Przyznam, że tym mnie zaintrygowała. Tego typu rad nie spodziewałem się w sklepie rybnym.

– Widzi pan – kontynuowała – moje dzieci wyjechały za granicę, sporo osiągnęły, ale jak się z nimi spotykam, to jakieś takie nerwowe są. I cały dzisiejszy świat taki jest – nerwowy. Czemuś niespokojny. Goni za czymś, a nie wie za czym. Bo nie ma tej chwili zatrzymania i cieszenia się tym, co już jest. Nie ma tego elementu spełnienia. W tym ciągłym biegu, pędzie za kolejnymi sprawami, nie dostrzegamy tego, co udało nam się zrealizować. Dlatego niech pan spisze te marzenia i co jakiś czas na nie spojrzy. I nagle zobaczy pan: to mi się udało, to osiągnąłem, to mam. Poczuje pan ten mały sukces i radość z niego płynącą. I jakoś tak będzie łatwiej, bo będzie ta świadomość, że coś się udało.

Dotknęła mojej ręki i mówiła dalej:

– Może pan to potraktować jak jakieś głupoty starej kobiety. Może pan o tym zapomnieć. Ale niech pan spróbuje i wypisze te marzenia.

– Nie zapomnę – odparłem zdecydowanie. – Ja to podam dalej.

Po tych słowach ukłoniłem się i wyszedłem ze sklepu. No i podaję dalej.

Kartki i długopisy w dłoń!

  • Chyba muszę zacząć chodzić do rybnego 🙂

    • Zdecydowanie. Choć może warzywniak też będzie odpowiedni 🙂

  • Znajomy miał podobną sytuację, tylko trzy panie stały przed nim, on był na kacu i przy ostatniej nie wytrzymał i chamsko ją spuentował po tym, gdy po raz kolejny zapytała ekspedientkę. Wyszła z tego zabawny dowcip sytuacyjny na imprezowe opowieści. Jednak wolę Twoją historię, bo dzięki niej ludzie mogą bardziej otworzyć się na siebie, a nie dobudowywać kolejne warstwy do stereotypowego postrzegania innych (np. chamska młodzież czy nudne babcie). Gdy otworzysz się na drugiego człowieka możesz się zdziwić, jakim skarbem Cię obdarzy.

    • Rzadko kiedy się zamykam na drugiego człowieka, ale takiej historii to się nie spodziewałem.