Czterdzieści lat – jedno zdjęcie

Jedno zdjęcie. Masa pozytywnych emocji. Coś poszło nie tak.

 W sobotę wrzuciłem na fejsa to zdjęcie, zrobione w jednym z gdańskich bloków.

12289747_10153622395557247_1478981578313451130_n

No i się zaczęło. Najpierw lajki od znajomych. Potem udostępnienia nieco większych ode mnie. Potem kontakt od dziennikarki z gazeta.pl i wrzucenie zdjęcia na deser.pl. Kolejne lajki. Wzmianka na stronie senior.pl. Wreszcie kontakt od dziennikarza z Teleexpressu i zrobienie materiału o tym, jak blok obchodzi swoje czterdzieste urodziny (od 13:50). Miasto Gdańsk w swoim serwisie też coś o tym napomknęło.

W tak zwanym międzyczasie liczba lajków pod zdjęciem przekroczyła trzysta. A ja patrzę na to wszystko i nadziwić się nie mogę.

Nie, nie chodzi o to, że media zrobiły szum (szumek?) wokół takiego drobiazgu, bo to w sumie sympatyczne. Ludziom, którzy wywiesili ową kartkę i postanowili przypomnieć „urodziny” bloku z pewnością było miło. Rozumiem też to, że zdjęcie poruszyło tyle osób, bo pozytywne emocje i nutka nostalgii generalnie trafiają do ludzi.

Ale jest mi trochę smutno, że celebrujemy zwykłe w sumie zachowanie, jakby było czymś nietypowym. Tak, zwykłe – bo czy to autentycznie coś nie z tej planety, aby życzyć innym przyjemnego mieszkania we wspólnym domu?

Coraz częściej mam wrażenie, że codzienna życzliwość gdzieś uleciała. Owszem, nie jesteśmy już (paskudna generalizacja) tacy ponurzy jak kiedyś. W sklepie raczej usłyszysz „dzień dobry” niż „czego”, ktoś inny czasem przytrzyma ci drzwi lub podniesie upuszczone klucze. Ale jakiekolwiek wyłamanie się poza takie odruchy Pawłowa – wydaje się niemożliwe.

Pracuję w wysokim biurowcu. Na jednym z wyższych pięter, więc najczęściej wysiadam z windy jako ostatni. Odsetek osób mówiących „do widzenia” przy wysiadaniu jest zastraszająco niski. O mówieniu „dzień dobry” przy wsiadaniu już nie wspomnę.

Od jakiegoś czasu testuję uśmiechanie się do ludzi. Obcych. Na ulicy. Jeśli nawiążę z kimś przypadkowy kontakt wzrokowy, to się po prostu uśmiecham. Podobną reakcję z drugiej strony można policzyć na palcach jednej ręki.

W takim świecie zapisana długopisem kartka z życzeniami dla współlokatorów urasta do rangi artefaktu, który „przywraca wiarę w ludzi”. A kto tę wiarę najpierw podkopał? Przyszli jacyś źli i popsuli? Ścisnęli usta, aby nie rozjechały się w uśmiechu? Ścisnęli za gardło, aby nie mówić znanych każdemu przedszkolakowi magicznych „proszę, przepraszam, dziękuję”?

Nie czekajmy na internetowe zdjęcia, aby odzyskać wiarę w ludzi. Sami ją podtrzymujmy i pielęgnujmy? Nie bójmy się nawiązywania nawet krótkich kontaktów, codziennej życzliwości czy drobnych uprzejmości.

Bo sam z tym moim uśmiechaniem się wiele nie zdziałam.

Jeśli podobał Ci się ten tekst, polub mnie na Facebooku!