Z życia wzięte: autobus

Tytułem wstępu – lubię spać. Ale kto nie lubi?

Im dłużej zastanawiam się nad tym, co przydarzyło mi się w piątek, tym bardziej dochodzę do wniosku, że wszystkiemu jest winna komunikacja miejska. Ale po kolei.

W piątek wieczorem spotkałem się ze znajomymi w Gdańsku. Takie typowe spotkanie z cyklu „posiedzieć, pogadać, popić”. I z grubsza taki był jego przebieg, gdy z jednego browaru przenieśliśmy się do drugiego, następnie do kebabowni, następnie do lokalu z szotami, a następnie do zupełnie innego lokalu z tańcami. Pomijając tańce – generalnie piliśmy, gadaliśmy i siedzieliśmy.

Ale że następnego dnia czekała mnie dość zajęta sobota, w pewnym momencie stwierdziłem, że nie jestem króliczkiem z reklamy Duracell i raczej nie będę chodził i chodził, i chodził. Czy też siedział i pił, i tańczył. Grzecznie i kulturalnie pożegnałem coraz mniejsze towarzystwo, a następnie udałem się w stronę ulicy – złapać taksówkę lub ubera.

Wtem, niczym spod ziemi, wyrósł mi przed nosem nocny autobus. Szybki rzut oka na rozkład jazdy – cóż za niebywały zbieg okoliczności! Ten autobus jechał koło mojego domu! Wskoczyłem radośnie do środka.

Okazało się potem, że to takie „przypadkowe” podstawienie autobusu to była pierwsza przewina gdańskiej komunikacji. Ale nie uprzedzajmy faktów.

W autobusie zrobiłem jeszcze to zdjęcie:

Tymczasem w nocnym autobusie leci Gang Albanii i ogólnie jest wesoło. Mam nadzieję, że nie usnę 🙂

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Bartosz Cicharski (@mrcichy)

Była godzina 3:50.

Nie bez powodu wyraziłem swój lęk przed uśnięciem. Zdarzyło mi się to dwa lata temu, gdy wracałem nocnym autobusem (niewykluczone, że tej samej linii) z Blog Forum Gdańsk i obudziłem się dwa przystanki dalej, niż powinienem wysiadać. Abyście jednak mojego zasypiania nie wiązali tylko z alkoholem, a po prostu ze zmęczeniem, powiem, że zdarzyło mi się też kiedyś usnąć w dziennym tramwaju, gdy wracałem zmordowany z poprzedniej pracy, jakoś o siedemnastej. Wtedy obudziłem się, gdy tramwaj ruszał z mojego przystanku.

Moje zmęczenie plus kojące kołysanie autobusu lub tramwaju to skuteczna mieszanka. I kolejny dowód winy komunikacji miejskiej.

Okazało się, że nocny autobus nie pędzi prosto niczym strzała ku mojemu domowi. Bynajmniej! On kluczył, on zakręcał, on uparł się jechać okrężną drogą. Łatwo domyślić się, że to też zalicza się w poczet win transportu zbiorowego. Dość powiedzieć, że ostatnie, co pamiętam, to autobus zatrzymujący się trzy przystanki przed moim domem.

Następne, co pamiętam, to delikatnie budzący mnie kierowca autobusu, mówiący mi, że nie mogę przebywać w pojeździe podczas postoju na pętli. Zanim wysiadłem, przytomnie spytałem tylko o godzinę powrotu, aby wiedzieć, kiedy będę mógł tym samym autobusem zajechać prosto pod dom.

– 5:05 – odparł kierowca.

Rzuciłem okiem na zegarek. Była 4:45. Szlag! Dwadzieścia minut czekania na zimnie. Przeklinałem przepisy zabraniające mi kontynuowania drzemki w autobusie, ale co było robić? Ruszyłem w stronę słupka przystankowego, aby dowiedzieć się, gdzie właściwie wylądowałem.

Tabliczka z rozkładem głosiła wszem i wobec, że przystanek nazywa się „Osowa Przesypownia”. Za Chiny nie miałem pojęcia gdzie to jest dokładnie, ale Osowa to jedna z najbardziej odległych dzielnic Gdańska. Czyli jestem dość daleko od domu i ciepłego łóżka. Na taksówkę i ubera raczej nie ma co liczyć.

Co gorsza, rozkład pokazywał, że nie mam co liczyć na powrót nocnego autobusu. Stamtąd jeździ już tylko dzienny. Który nie jeździ koło mojego domu, a dociera tylko do pętli tramwajowej kilka kilometrów od niego. Oj, nieprędko będę w domu…

Postanowiłem się przyjrzeć moim towarzyszom niedoli, bo nie byłem jedynym wygonionym z autobusu przez kierowcę. Był tam palący papierosa facet około czterdziestki, młody chłopak w lekkiej kurtce oraz drugi, prawdopodobnie też młody, choć trudno było dostrzec jego twarz pod dużym kapturem grubej kurtki. Palacz chodził tam i z powrotem, a młodzi stali w jednym miejscu i trzęśli się z zimna.

Nie palę, a było mi zimno, więc w myśl zasady „swój do swego ciągnie” stanąłem koło młodych.

– Kurwa, jak zimno – zaczął ten zakapturzony.

– Ty to przynajmniej masz ciepłą kurtkę – odparował drugi. – A co ja mam powiedzieć?

– Ale to nie moja kurtka – niepewnie powiedział zakapturzony – i nie wiem, skąd ją mam.

Zaczyna się ciekawie.

– Cholera, obudziłem się chwilę za Bora-Komorowskiego – zagaił ten w cienkiej kurtce – tuż po tym, jak miałem wysiadać. Myślałem, że on ma pętlę gdzieś niedaleko.

– Ja usnąłem na dwa przystanki przed tym, na którym miałem wysiadać – postanowiłem włączyć się do rozmowy.

– Jak wsiadałem na dworcu – po raz pierwszy odezwał się palacz – to ty (tu wskazał na zakapturzonego) już spałeś…

– Panowie – ponownie głos zabrał zakapturzony – ja jestem z Sobieszewa…

Dla niezorientowanych – to drugi koniec Gdańska. Jakieś 40 km dalej.


Z tego miejsca chciałbym pozdrowić Mateusza (chłopaka w cienkiej kurtce, mówiłeś, że nie zapamiętam Twojego imienia), z którym potem wracałem razem tramwajem, resztę współtowarzyszy niedoli (mam nadzieję, że dotarliście do domów) oraz zasadniczego kierowcę, który pozwolił, aby poranne zimno skutecznie nas obudziło. Jednocześnie nadal jestem przekonany, że gdyby nie ciemne sztuczki komunikacji gdańskiej, ta cała przygoda nie miałaby miejsca.

O 6:00 udałem się na zasłużony wypoczynek we własnym łóżku.

  • Coś jest w tym Gdańsku, kiedyś zdarzyło mi się tam „kluczyć” ze znajomym. Między drugą a szóstą rano. Wracaliśmy po koncercie, było lato. Niestety jakoś tak o szóstej było zimniej, niż o drugiej… 😀