Z życia wzięte: dietetyka stosowana

Żywienie dzieci to nie jest bułka z masłem. Dosłownie.

Wieczorny spacer w stronę plaży. Wieczór dość ciepły, plaża niedaleko – można się przejść. To znaczy wiecie – gdańszczanie na plażę normalnie nie chodzą. Ale po zmroku, gdy nikt nie widzi, wylegamy tam tłumnie.

Idziemy więc my. Idzie też rodzina. Rodzice i synek. Synek, bo ma pewnie coś koło dziesięciu lat. Tak wnoszę z głosu, bo idą za nami i słyszę tylko fragment ich rozmowy.

Zresztą – nie wiem, ile miał lat. Nie znam się na dzieciach.

– Jadłeś – słyszę zdecydowany głos rodzicielki.

– Nic nie jadłem – to z kolei prawie błagalny głos jej latorośli.

– No jak nie – zaczyna wyliczać matka – wypiłeś przecież colę. Ty wiesz, ile to ma cukru? A teraz jeszcze lody! To też ma dużo cukru! Wystarczy.

Pewnie, wystarczy. Cukier krzepi.