5 filmów i seriali z martwymi (nieświadomymi) bohaterami

A jeśli bohaterowie niektórych filmów umarli i wcale o tym nie wiedzą?

Dzisiaj jest dzień, w którym wspominamy zmarłych. Czy może być lepszy czas do przyjrzenia się zwariowanym teoriom na temat filmów i seriali? Pisałem już o nich w kontekście bajek, w kontekście dalszych losów bohaterów – a dziś kilka słów o tych sytuacjach, kiedy bohater być może nie żyje. Ale ani on, ani my, nie mamy o tym pojęcia.

I nie chodzi tu o to, że Bruce Willis jest duchem (spoiler alert). Zaczynamy!

Bajer w Bel-Air

Wspominałem kiedyś, że serial ten powstał częściowo dzięki niepłaceniu podatków. Tymczasem okazuje się, że za opowieścią o chłopaku z Zachodniej Filadelfii, który musi uciekać przed ulicznym gangiem na drugi koniec kraju, kryje się znacznie więcej. Okazuje się, że podczas słynnej bójki, pokazywanej w czołówce serialu, Will… zginął.

Gdy jego matka mówi mu, że udaje się do cioci i wujka z Bel-Air, ma na myśli zmarłych członków rodziny. Daje mu pożegnalnego całusa i wysyła w ostatnią podróż. Will trafia do nieba, symbolizowanego przez rezydencję wujostwa. A swoją mamę widzi bardzo rzadko – odwiedza go tylko wtedy, kiedy faktycznie przychodzi na cmentarz.

Twórcy serialu wprawdzie powiedzieli wprost, że taka teoria to nadinterpretacja, ale co oni tam wiedzą?

Breaking Bad

Trzymająca w napięciu historia skromnego nauczyciela chemii, który po zdiagnozowaniu śmiertelnej odmiany raka zaczyna produkować idealną metamfetaminę, aby zapewnić byt swoim bliskim. Z czasem jednak bycie tym złym pochłania go do tego stopnia, że staje się gangsterem poszukiwanym przez służby całego kraju i musi zaszyć się w mroźnej głuszy.

Z której jednak powraca w ostatnim odcinku, aby za pośrednictwem dawnych znajomych przekazać pieniądze swoim dzieciom, wyjaśnić wszystko żonie, uwolnić byłego wspólnika z rąk neonazistów, a ich samych wystrzelać za pomocą karabinu sprytnie zamontowanego w bagażniku. Jeśli brzmi to zbyt nieprawdopodobnie, to wyjaśnieniem może być fakt, że cały ostatni odcinek jest jedynie przedśmiertnym majakiem głównego bohatera.

Jak sugeruje Emily Nussbaum z „The New Yorker” Walt mógł zamarznąć w samochodzie, który nie chciał zapalić. I zamiast odjechać i zamknąć swoje sprawy – umarł. To tłumaczyłoby łatwość, z jaką dostaje się do swoich znajomych, do swojej żony, siedzi w centrum miasta (chociaż jest jednym z najbardziej poszukiwanych przestępców w kraju), a na koniec samodzielnie wybija całą grupę neonazistów.

Ed, Edd i Eddy

Jeśli nie kojarzycie tego tytułu – to witajcie w klubie. Jest to kreskówka emitowana na Cartoon Network w latach 1999 – 2014. Jej bohaterami są trzej nastoletni chłopcy, zamieszkujący bliżej niesprecyzowany zaułek we wschodnich Stanach Zjednoczonych. Bohaterami serialu są tylko nastolatkowie, a dorośli się w nim prawie wcale nie pojawiają (najwyżej jako cienie).

Kto tu jest martwy? Kto nie żyje, ale o tym nie wie?

Wszyscy. Absolutnie każde dziecko w tym serialu jest w rzeczywistości martwe.

Ów zaułek, w którym żyją dzieci, jest faktycznie czyśćcem, do którego trafiły nastoletnie dusze. Ewentualnie – że jest miejscem nawiedzonym, w którym pojawiają się dusze zmarłych dzieci z sąsiedztwa. Każde dziecko zmarło z innego powodu i w innym okresie historycznym – co sprawia, że trudno jest przypisać akcję serialu do jakiegoś konkretnego momentu. Śmierć tłumaczy też dziwne odcienie skóry bohaterów czy ich niebieskie języki.

Grawitacja

Ryan Stone, bohaterka filmu, grana przez Sandrę Bullock, ma kiepski dzień. W wyniku serii nieprzyjemnych wydarzeń znajduje się sama w przestrzeni kosmicznej. I musi sobie jakoś poradzić. Dzięki własnej odwadze, silnej woli, dryfującym tu i ówdzie przydatnym rzeczom i sporemu zbiegowi okoliczności udaje się jej nie tylko przeżyć, ale też bezpiecznie dotrzeć na ziemię i skończyć swoją przygodę na jakiejś plaży.

Jeśli uważnie czytacie ten tekst, wiecie już, co czego zmierzam.

Stone obrywa odłamkami podczas spaceru w przestrzeni kosmicznej, przez co odlatuje hen, w mrok. Z prędkością uniemożliwiającą jej partnerowi dogonienie jej z pomocą odrzutowego plecaka. Następnie oboje bohaterowie bez problemu przechodzą do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej – będącej sześć godzin od teleskopu Hubble’a, przy którym pracowali.

A następnie, gdy Stone godzi się ze śmiercią na pokładzie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, obniża poziom tlenu, aby umrzeć we śnie. Wtedy to w halucynacji pojawia się plan dotarcia do chińskiej stacji kosmicznej i ewakuowania się za jej pomocą. Tylko że jeśli poziom tlenu obniżył się do poziomu wywołującego halucynacje, jest już po bohaterce – nie ma szans, aby wstała i zaczęła działać.

Ryan Stone jest na sto procent trupem, ale nie wiadomo od którego momentu – to chcę powiedzieć.

Grease

Klasyczny musical… lata pięćdziesiąte, Ameryka, włosy posmarowane tytułową pomadą. Historia wakacyjnej miłości, która przypadkiem ma swoją kontynuację w szkolnych murach. Młody John Travolta, partnerująca mu Olivia Newton-John, stare samochody, atmosfera radości, wchodzenie w dorosłość – to wszystko jest w tym filmie. Jak również cała sterta ponadczasowych, znanych i lubianych piosenek. W tym tej sugerującej, że koledzy głównego bohatera prawdopodobnie prędzej czy później trafią do więzienia.

Oraz tej kolejnej, która w połączeniu z finałową sceną jasno sugeruje, że w fabułę zaplątały się zwłoki.

Pamiętacie, jak na samym końcu para głównych bohaterów odjeżdża ku zachodzącemu słońcu, aby nagle unieść się w niebo? To nic dziwnego, skoro główna bohaterka jest martwa i właśnie trafia do raju. A kiedy dokładnie jej się zeszło? W połowie filmu? A może tuż przed końcowymi napisami?

Raczej na samym początku.

John Travolta śpiewa w jednej z piosenek, że poznał dziewczynę na wakacjach i uratował ją przed utonięciem. Chciałby! W rzeczywistości wypomadowany fircyk nie dał rady wyciągnąć dzierlatki z wody na czas, przez co doszło do jej zgonu. A cała ta historia – o poznaniu miłego chłopca, wielkiej miłości i przyspieszonym wchodzeniu w dorosłość – jest, jak zapewne się domyślacie, jej przedśmiertną halucynacją.


Może teorie zasadzające się na stwierdzeniu „wszyscy byli martwi” są tylko nieco bardziej skomplikowane od „wszystko to było tyko snem”, ale przyznajcie, że mają swój urok. Bo jeśli nie jest to wprost powiedziane, a pozostaje tylko w sferze naszych domysłów, że bohaterowie nie są wśród żywych, to pozwala spojrzeć na najbardziej infantylną historię z nowej strony.

Oraz z każdego filmu robi prawie opowieść o zombie.