Piętnowanie mowy nienawiści

To – wbrew pozorom – nie to samo, co piętnowanie mówiącego tą mową.

W minionym tygodniu w sieci wystartowała akcja #StopMowieNienawiści. Cel – jak najbardziej szczytny: walczyć z mową nienawiści, która czasem niepostrzeżenie, a czasem wielką falą wlewa się do naszej codzienności. Ja tam staram się mieć w internetach same umajone łąki, przetykane tęczami i jednorożcami, ale podobno są miejsca, gdzie wypowiedzi przypominają rynsztok.

Smutne. Coś z tym trzeba zrobić. Tylko co?

No właśnie – to jest problem. Bo najczęściej pod hasłem piętnowania mowy nienawiści można trafić na piętnowanie mówiącego. Znacie to – każdy homofob to pewnie kryptogej, każdy antysemita to Hitler, każdy ksiądz rzucający głupotami z ambony to czarny pedofil, Terlikowski to katotalib, a poza tym wszyscy mają małe fiutki i kudy im do takiej oazy wspaniałości, jaką jesteśmy my, siły szeroko rozumianego postępu?

Serio, jak takie stwierdzenia mają w czymkolwiek pomóc? Ktoś tu się z kimś na łby pozamieniał? Jasne, można operujących mową nienawiści zbiorczo określić mianem idiotów (albo podobnie, nie ma się co ograniczać), zakneblować ich, pogrozić im palcem (taka kara bez resocjalizacji) i potem poklepać się po plecach w poczuciu dobrze wykonanej roboty. Tylko to trochę tak, jakby zapłacić serwisowi sprzątającemu za sprawne zamiecenie brudów pod dywan – niby ich nie widać, ale nie na tym polega czystość.

Truizm nad truizmami brzmi: trzeba walczyć ze źródłem problemu. Tylko że jest to cholernie trudne. Bo to źródło jest dosłownie wszędzie: w szkole, w domu, w pracy, w kościele…

To zauważają autorzy akcji – mowa nienawiści to czasem te drobne słowa, które dla żartu padają w rozmowie. Te wszystkie „żydki” na określenie każdego u władzy, „pedałki” dla dbających o siebie lub „sukienkowi” dla księży. Słowo tu, dwa słowa tam. Nieświadomie. W niewidzialny sposób. Jeśli jedna osoba zwróci na to uwagę – czy będzie walczyła ze swoim otoczeniem? Przecież to jedno słowo. Nie ma co ryzykować wykluczenia.

Do tego jest potrzebna umiejętność walczenia o własne racje, bronienia swoich poglądów – ale także, a może przede wszystkim, kulturalnego ich wyrażania. Jeśli ktoś przy nas powie „ciapaci”, to nie przyklejać mu od razu łatki nazisty, ale może spokojnie, z boku, wyjaśnić mu o co chodzi. I że może warto się powstrzymać. Tylko że takie postępowanie nie jest wcale łatwe.

Jeszcze trudniej to zrobić, gdy trzeba zwrócić uwagę komuś bliskiemu. Może rodzicowi, może partnerowi, może najfajniejszemu wujkowi pod słońcem lub najweselszej cioci. Po co iść z nimi na wojenną ścieżkę, po co psuć sobie z nimi relacje? Przecież to tacy wspaniali ludzie, którzy mają tylko jedną wadę. Którzy z pewnością tak nie myślą, ale tylko tak mówią.  Którzy może mają po prostu mocne stanowisko w danej sprawie i kim jestem, aby im odbierać prawo do jego wyrażania?

Tylko że niestety trzeba się z tym zmierzyć. Potrzebujemy nie rycerzy, walczących ze smokiem mowy nienawiści, ale cierpliwych ogrodników, wyrywających chwast po chwaście.  Życzliwie tłumaczących. Do skutku. Bez wytchnienia. Z dobrą argumentacją za plecami. Z autorytetami ponad podziałami. Tego nie załatwi się jedną czy dziesięcioma kampaniami, ale wieloletnim planem, realizowanym w szkołach, domach, mediach i biurach.

Bo najprostsze i najgorsze, co możemy zrobić, to odsunąć od siebie nienawistników. Komuś innemu pod nos.

Foto: Dennis SkleyCC BY-ND 2.0

  • Nie mam cierpliwości do tłumaczenia, a nawracanie, to nieco taka walka z wiatrakamii. Dlatego ja po prostu mówię, że w mojej obecności nie życzę sobie takich słów/określeń. Jesli ktoś nie rozumie, uważa, że nic się mnie stało, to po prostu dziękuję za rozmowe i ją kończę, bo albo rozmawiamy jak ludzie na poziomie albo wcale.

    • Ja też zazwyczaj nie mam cierpliwości – dlatego nie twierdzę, że walczę z mową nienawiści. Ale przychodzą takie sytuacje, gdy zaciskam zęby, podwijam rękawy i zaczynam tłumaczyć. Bo mi zależy. Bo tak trzeba. Bo problem nie znika, gdy zamykam oczy. Gdy widzę, że to nie ma sensu – nie kopię się z koniem. Ale jeśli widzę cień szansy, to czemu nie spróbować?

      • MI się po prostu wydaje, że takie jasne postawienie sprawy, jak wyżej opisałam też jest pewnego rodzaju znakiem – to co mówisz jest złe. Jeśli po moich słowach delikwent próbuje się dowiedziec co złego powiedział, to dopiero wtedy zaczynam cierpliwie tłumaczyć, co i dlaczego mi się nie podoba.