Z życia wzięte: jabłka

Nie każda historia musi mieć pointę. 

Uwielbiam letnie ulewy. Są doskonałe, aby schłodzić się podczas upału, ale jednocześnie nie wyziębiają człowieka do kości. Właśnie podczas jednej z nich, całkiem niedawno, miała miejsce poniższa sytuacja.

Weekend. Wbiegam do tramwaju. Jeszcze nie przemoczony, ale już nie suchy. Po szybach krople płyną strumieniami. W garści ściskam trzy jabłka – nieważne, skąd je mam. Ważne, że nie mam ich w żadnej siatce.

Przechodzę na tyły tramwaju, aby mieć bliżej do wysiadania, a tam – klasyczna impreza. Dwóch panów siedzi rozwalonych na siedzeniach i nawet nie kryją się z tym, że piją piwo. Obok nich, wygodnie rozparta – ich dama. Też z piwem. I oczywiście z telefonem, pełniącym rolę DJ-skiej konsolety. Z gównianego głośniczka przez turkot tramwaju przebijał się Mesajah i jego „Każdego dnia”.

Kiedy tylko usiadłem niedaleko nich, jeden z mężczyzn zauważył mnie. A konkretnie – zauważył moje jabłka.

– O, jabłka – skonstatował. – Daj jedno.

Chwila zawahania. Co mi w sumie szkodzi, jedno jabłko? Ale z drugiej strony…

– Co daj? Co daj? Za darmo?

Przebłysk asertywności najwyraźniej nieco zmieszał dżentelmena.

– Tak? A ile za nie dałeś? – podchwytliwą logiką chciał mnie zażyć, cwaniak jeden.

– Nie sprzedam ci ich – odparłem. – Wiozę je żonie.

Stwierdziłem, że skoro tak się bawimy, to blefowanie nie ma sensu. Równie dobrze mogę powiedzieć prawdę.

– Jak taki jesteś – tu już się nieco rozeźlił – to łaski bez. To se je zjedz.

– Powiedział, że żonie wiezie – kobieta postanowiła się włączyć do dyskusji, tym bardziej, że muzyka ucichła. – Nie ma szans, aby ci oddał.

Takie wyjaśnienie sprawy nieco udobruchało naszego bohatera. Zrozumiał, że odmowa nie była potwarzą wymierzoną w niego. Momentalnie stwierdził, że dąsy mu nie pasują.

– Puść teraz coś innego – zawołał radośnie do kobiety. – Coś Gangu Albanii.

Coraz większe krople pędziły w dół szyby.

Foto: cristian rubertiCC BY-NC-SA 2.0