Nie spodziewałem się, że po kliknięciu przeczytam…

Mam marzenie. Niech tworzący nagłówki na portalach nagle zapomną wszystko, co wiedzą o swojej robocie.

Clickbait. Podstawa przy tworzeniu dziś artykułów na portalach internetowych. Zasada jest prosta: nagłówek albo tytuł ma być intrygujący i zmuszać do kliknięcia. Bo to są odsłony, a za odsłony płacą reklamodawcy (i tak będzie, dopóki ktoś nie ogarnie, że to droga donikąd).

Ja też się czasem złapię na te wszystkie „X oczywistych rozwiązań problemu” albo „Nie spodziewała się, że…” i kliknę. Bo faktycznie chcę się dowiedzieć, czego się nie spodziewała i jakich oczywistości nie znam. Tylko że clickbaity – jako narzędzie służące wyłącznie reklamodawcom, a nie czytelnikom – skutecznie uniemożliwiają mi zrobienie prasówki.

Jak w erze przed chwytliwymi nagłówkami wyglądało przeglądanie sieci? Wchodziłem na stronę główną i czytałem tylko tytuły. Oczywiście nie poszerzało to mojej wiedzy, ale dawało mi jakiś zarys tego, co się na świecie dzieje. Który minister co powiedział, która celebrytka się wygłupiła, jak mocno przerżnęli nasi w dowolnym sporcie.

Dziś – nie ma szans na taką wygodę. Dziś musiałbym kliknąć w każdy artykuł, aby się czegoś dowiedzieć, bo ze sztampowych linków nie można nawet wywnioskować bardzo szerokiego kontekstu. A ja nie mam czasu na klikanie we wszystko. Dokonuję więc pobieżnej selekcji, starając się trafić w to, co faktycznie mnie interesuje…

…i tu trafiam na kolejny problem. Zazwyczaj wychodzi z tego kilkanaście zakładek. Zaczynam skanować artykuły. Co któryś z nich nie ma nic wspólnego z linkiem, który mnie do niego doprowadził. Albo bazuje na luźnym skojarzeniu piszącego. Przy ostatnich zakładkach nie pamiętam już nawet, dlaczego je otworzyłem. A nie jestem w stanie tego odtworzyć, patrząc na treść artykułu.

Tym sposobem nie tylko nie dowiaduję się tego, na co liczyłem, ale też tracę wiarę w dziennikarstwo internetowe. Bo w takim układzie portale przestają być dla mnie nawet źródłem newsów (źródłem opinii przestały być dawno temu). I po prostu nawet na nie nie zaglądam.

Daleki jestem od stwierdzenia, że skoro ja tak mam – to każdy tak ma, ale chcę wierzyć, że osób podobnych do mnie będzie coraz więcej. Że ta wyrwa w nabijanych sztucznie odsłonach będzie się powiększać. A przynajmniej że zostanie zauważona. I że z tych nieklikających stworzy się spora nisza, nad którą warto będzie się pochylić.

Bo z wielką przyjemnością zrobiłbym sobie poranną prasówkę w autobusie. W pięć minut. Tymczasem będę sobie żył w błogiej nieświadomości tego, co się na świecie dzieje.

To też jest jakaś forma szczęścia.

Foto: Georgie PauwelsCC BY 2.0