Uchodźcy to problem, ale nie taki, jak myślisz

Nad naszym krajem krąży widmo jego bliskiego końca. Upadku tego wszystkiego, co jest dla nas ważne, w co wierzymy, na czym zbudowaliśmy własną tożsamość. 

A wszystko przez uchodźców z Bliskiego Wschodu.

Pojawili się na naszym progu nagle. Przyszli prosząc o pomoc. Ale razem z nimi przyszły najgorsze demony, jakich zawsze się obawialiśmy. Nienawiść. Ksenofobia. Rasizm. Te demony, które budzą się, gdy rozum śpi.

Od kilku tygodni tu i ówdzie można bez trudu natrafić na komentarze zwykłych ludzi, wyglądające niczym rubryka listów czytelniczych w „Der Sturmer”. Przypominam, że motto tej gazety brzmiało „Żydzi są naszym nieszczęściem”. Na tle komentarzy o uchodźcach takie stawianie sprawy jest niesamowicie wręcz delikatne. Coś się mocno schrzaniło, jeśli twoje wypowiedzi wyglądają gorzej niż nazistowski szmatławiec…

Tak pędziliśmy do tej Europy. Tak bardzo chcieliśmy być członkiem wielkiej, europejskiej rodziny. I to nie członkiem biernym, ale jak najbardziej aktywnym. Takim, który nieco skostniałą Europę ubogaci, przypomni o jej korzeniach, wzmocni wartości. Tymczasem swoim zachowaniem przypominamy to, od czego zjednoczona Europa chciała uciec od samego początku. A wypowiedzi niektórych rodaków bardziej pasowałyby do Niemiec z lat trzydziestych niż do Polski w XXI wieku. To, czym się szczyciliśmy przez stulecia, z hukiem ląduje w koszu.

Na tle skrajnych wypowiedzi głosy tych, którzy swoją niechęć do przybyszów maskują jakąś argumentacją, mogą wydawać się całkiem rozsądne. Jakoś umyka fakt, że dla wielu z nich utopione dzieci to akceptowalna cena za uspokojenie irracjonalnych lęków. Tak, irracjonalnych – bo jak brać na poważnie teksty, że z pewnością uchodźcy rozwalą naszą kulturę. Że to mogą być sami terroryści. Że nie potrafią się przystosować. I jakoś w tych okrągłych słowach umyka to, że trudno zakładać, aby kilkadziesiąt tysięcy osób, uciekających przed wojną, przejęło kilkusetmilionowy kontynent (albo chociaż kilkudziesięciomilionowy kraj). Gdyby tak miało być, to z kulturą gospodarzy musiałoby być naprawdę krucho. Zakładanie, że każdy przybysz z Bliskiego Wschodu to terrorysta jest równie rozsądne jak twierdzenie, że każdy Polak to pijak i złodziej. A przystosowanie się… udało nam się zasymilować Żydów i Tatarów. Imigranci żyją bezproblemowo na całym świecie – także imigranci z Bliskiego Wschodu. Dlaczego tym razem mielibyśmy polec?

Obecna dyskusja sprowadza się do tego, czy pomagać (albo raczej – dlaczego nie pomagać). Zamiast tego zupełnie nie zastanawiamy się – jak pomagać. A pomoc tym ludziom jest potrzebna. I to właśnie tu, u nas. Nie można osobom uciekającym przed wojną powiedzieć, że powinny zostać w swoim kraju i o niego walczyć (a coś takiego przeczytałem w jednym wywiadzie). Zamiast tego należy już dziś zacząć pracować nad zapewnieniem im środków do życia. Nad sensownym rozlokowaniem przybyszów, aby mogli poznać nas od najlepszej strony i przekonać się o naszych dobrych intencjach (podpowiadam: trzymanie ich w obozach nie tylko temu nie służy, ale jest też wylęgarnią ekstremizmu). Nad umożliwieniem asymilacji tym z nich, którzy chcieliby u nas osiąść. Ale też nad zapewnieniem planu powrotu. I przede wszystkim – nad rozwiązaniem problemu wojny tam, na miejscu. Może Europa powinna, tak jak USA z demokracji, uczynić z europejskich wartości towar eksportowy – dostarczany czasem siłą? A może wystarczy nacisk polityczny?

Jedno wiem z pewnością – zamykanie się i twierdzenie, że to nie nasz problem, powoduje jedynie jego odroczenie i narastanie. Brak ostracyzmu wobec jawnie nienawistnych wypowiedzi z pewnością nie nastraja pozytywnie do nas uchodźców – a prędzej czy później będą chcieli do nas przyjść. I przyjdą. Czy wtedy będą się chcieli asymilować?

Zasłanianie się irracjonalnymi lękami, zamiast rozsądnych prób niesienia pomocy może sprawić, że za jakiś czas staniemy przed o wiele większym wyzwaniem. Albo niesamowitym kacem moralnym.

Foto: Michael Gubi / CC BY-NC 2.0

Jeśli podobał Ci się ten tekst, polub mnie na Facebooku!