Dzieci pierdoły, ale nie mniejsze od ich rodziców

Ja rozumiem, że dziś dzieci są nieco inne niż kiedyś, że może warto mieć świadomość różnic międzypokoleniowych, ale… OK, po kolei.


Jest sobie artykuł na portalu Forsal pod wielce mówiącym tytułem „Dzieci pierdoły. Hodujemy zombie, które nie wiedzą kim są i dokąd zmierzają” (jest też na stronie Dziennika w prawie identycznej formie). Jak na dzisiejsze czasy wyjątkowy, bo przynajmniej od razu po tytule wiadomo, o co w tekście chodzi. Przeczytajcie go, abyście wiedzieli, o co chodzi. Nie musicie dokładnie. Poczekam.

Ów artykuł kilkakrotnie przewinął mi się na fejsie, więc postanowiłem go wreszcie przeczytać. I – nie będę ukrywać – szlag mnie trafił. Wydaje mi się, że autor chyba za dużo czasu spędził na harcerskich zabawach w lesie, a za mało na nauce pisania rzetelnych tekstów. I wrzuca sobie radośnie wszystko do wora z napisem „święta nostalgia”. W dupie mając jakąkolwiek logikę.

Przykłady? Proszę bardzo.

  • „Zamiast dziury w ziemi są wypożyczane toi toie” – to o dzisiejszych obozach harcerskich. No cóż, a martwe chomiki zamiast zakopywać na trawniku oddaje się do utylizacji u weterynarza. Po prostu sranie kilkudziesięciu osób w jednym miejscu na łonie natury niekoniecznie dobrze tej naturze służy. Ale żeby na to wpaść, trzeba widzieć cokolwiek o obiegu wody w przyrodzie, a nie tylko posiadać umiejętności kopania latryn.
  • „Nikt mu nie pomagał odrabiać lekcji, bo musiał się uczyć sam, a za błędy ortograficzne ojciec go po kilku ostrzeżeniach w końcu sprał” – tu mi ręce opadły. Serio? SERIO? Nie, ale serio? Co jest, to pochwalamy teraz lanie dzieci? Nauka przez tłuczenie? Bo co, bo kiedyś wszelkie dysfunkcje nie tylko nie były tak popularne jak dziś, ale nie były też rozpoznane – co w pełni usprawiedliwiało przemoc wobec dzieci? Ech, piękne, złote czasy, gdy można było wyładowywać frustrację za własne niepowodzenia wychowawcze na dziecku…
  • „Gdy z kumplami poszli nad jezioro, nie było ratowników, społecznych kampanii ostrzegających przez skakaniem na główkę i jakoś ani on, ani żaden z jego znajomych karku nie skręcił” – to jest ten poziom kretyństwa, jaki trudno skomentować. Bo jak? Jeśli żadna ze znanych mi osób nie zabiła się, prowadząc pod wpływem, to może dajmy sobie spokój z gnębieniem pijanych kierowców?
  • „Gdy rozbił nos na rowerze, ciężkim, stalowym składaku bez przerzutek i profilowanych opon, w szkole sińce pod oczyma nie zaalarmowały wychowawców i do rodziców nie przyjechała z interwencją opieka społeczna w obstawie policji” – i nikt go nawet nie spytał, czy coś się stało? Wszyscy mieli w dupie, czy dziecko się przewróciło, czy może tatuś postanowił tym razem wbić dziecku do głowy zasady interpunkcji – pięścią? To co – od dziś olewamy symptomy przemocy domowej i zakładamy z góry, że gówniarz po prostu wpadł na drzwi. Albo sobie zasłużył.
  • „Gdy dostałem manto od silniejszego zabijaki z podwórka i wróciłem zapłakany do domu, ojciec powiedział, żebym się nie mazgaił, bo mężczyzna musi stawiać czoła przemocy. Siłą.” – dokładnie tak. Prawilny ziomek nie sprzedaje na psiarnię, tylko sam wymierza sprawiedliwość. Nie uczmy dzieci, że społeczeństwo wykształciło pewne mechanizmy do obrony słabszych obywateli. Dajmy im maczety i niech sobie radzą. Swoją drogą – ojciec bohatera mógł spuścić łomot temu łobuziakowi. Z pewnością gnojek nie znał jakiejś reguły ortograficznej.
  • „(…)ból to najlepszy nauczyciel” – to w dyskusji o nakładaniu kasków dzieciom na rowerze czy ochraniaczy przy jeździe na rolkach, ale wiemy już, że ból pomaga też nauczyć się ortografii. Ale to nic, bo dalej dowiaduję się, że „Przy jeździe konnej modne stały się żółwiki, czyli ochraniacze na kręgosłup.” – i to najwyraźniej też jest złe. Bo wiecie, tylko miękkie faje chronią kręgosłupy. Twardziele jeżdżą półnago wierzchem i zawsze skaczą na główkę. Zawsze.
  • „Porównując zachowanie uczniów USA z rówieśnikami z Japonii i Chin, gdzie rodzice i nauczyciele stosują kary cielesne za złą naukę, doszedł do wniosku, że to właśnie stres i strach zwiększają szansę na osiągnięcie celów.” – oczywiście. Jeśli zagrozić dziecku np. śmiercią, to się całego „Pana Tadeusza” nauczy na pamięć. I to w oryginale. Ale jest jeszcze coś takiego jak cena sukcesu. Pominę delikatnie fakt, że Japonia i Chiny a USA to zupełnie różne kultury, cywilizacje i systemy wartości.
  • „Jak dziś wygląda wychowanie mężczyzny? Bardzo często chłopca wychowuje samotna matka wspierana przez babcię lub nianię, a wychowawca w szkole to też najczęściej kobieta. Chłopak rozwija się w kobiecej sferze, gdzie dba się o paznokcie i ciało. On przejmuje te wzorce.” – i co dalej? Odbierać chłopców samotnym matkom, skoszarować i nauczyć bycia prawdziwym mężczyzną. Srania pod krzakiem w lesie, walki na pięści i – obowiązkowo – ortografii. Najlepiej pałką.

Autorowi polecam to, co polecałem już kiedyś tego typu marzycielom, widzącym dzieciństwo w PRL przez różowe okulary – niech wozi swoje dzieci autem bez fotelika. Może też zacząć je tłuc, bo w sumie – czemu nie, ból zawsze jest najlepszym nauczycielem. Natomiast stosując jego logikę powiem, że nie byłem w harcerstwie, nie tłukłem się na podwórku i nie byłem karany fizycznie, ale umiem przykręcić śrubkę, znam swoją wartość, radzę sobie w życiu, podobnie jak moi liczni znajomi, którzy mieli podobne dzieciństwo. A skoro ani ja, ani oni, nie jesteśmy pierdołami, to znaczy, że cały ten artykuł można w dupę między bajki włożyć.

Nie twierdzę, że nie ma różnicy między pokoleniami. Nie będę też bronił wszystkiego tego, czym charakteryzuje się dzisiejsze wychowywanie – bo tam są rzeczy dla mnie niepojęte. O niektórych z nich jest nawet mowa w artykule. Ale generalizowanie i określanie wszystkiego, co było kiedyś, mianem dobra – to poważny błąd. Poza tym nie jesteśmy w stanie określić dziś, jakie prace będą wykonywać nasze dzieci, gdy dorosną – ba, jakie będą wtedy zawody – więc czemu zakładamy, że umiejętność wytrzymania w zwisie dłużej niż dziesięć sekund albo samodzielnego zbudowania szałasu będzie im potrzebna do przeżycia?

I tylko jedno mnie zastanawia – kto wychowuje te wszystkie pierdoły? Wychodzi mi, że to właśnie ci, którzy latali po lasach z siekierami, jedli jagody obsikane przez lisy i tłukli się na podwórku do połamania nosów. Po czym – niespodzianka – dorośli. I zaczęli myśleć w sposób odpowiedzialny.

Alternatywa jest taka, że to są ludzie, którzy też byli wychowywani pod kloszem. A skoro dziś pierdołowatych dzieci jest większość, to albo tamte pierdoły są bardziej dzietne, albo po prostu – jest i było ich więcej. A to opowiadanie o cudownej zabawie w lesie i karach fizycznych to bajdurzenie sfrustrowanej mniejszości, która z jakiegoś względu chciałaby, aby wszyscy byli tacy, jak oni.

Niech spadają. Ze skarpy na główkę.

  • Właśnie taki komentarz zostawiłam pod tym artykułem na fejsie, że takie wrzucenie do jednego worka to upraszczanie. Cóż poradzić, że wzrosła świadomość rodziców, między innymi przez internet i teraz wiemy, że niemyte jagody mogą nam poważnie zaszkodzić. Ja 15 lat spędziłam w harcerstwie i jedziłam na obozy co wakacje. Zawsze była grupa dzieciaków, które płakały za rodzicami, nie chciała wypełniać obowiązków, spać w namiotach. Normalka. Autor zdecydowanie założył klapki na oczy i różowe okulary na tamte czasy, a teraźniejszość jest nagle taka szara. Zero obiektywizmu. Najgorsze, że ludzie uwierzyli.

    • Właśnie widzę jak coraz więcej osób udostępnia ten tekst i dziwię się, że nie dostrzegają, jak słaby to jest artykuł. Teza też się nie broni. Ale wiesz, jak jest – kilka chwytliwych haseł, garść nostalgii i poczucie bycia lepszym zawsze się sprzedadzą 🙂

  • Amy

    Komentarz do artykułu jak najbardziej słuszny, ale nie można odmówić autorowi ziarna prawdy. Czasy się zmieniły i wychowanie też, nie zawsze na lepsze. Z bliskiego mi podwórka znam dziewczynkę która nie lubi WF’u i rodzice pozwalają jej nie ćwiczyć, babcia przy 33 st upału nie pozwala jej stać przed wiatrakiem „bo się przeziębi”. To przykre, bo wyrasta z niej mała niezdara,
    A jeśli chodzi o kaski itp,. to jeżdżę konno i bardzo słuszne są „żółwiki” bo rąbnięcie na plecy naprawdę boli a dzięki tym zabezpieczeniom jest szansa, ze na bólu się tylko kończy.

    • Whoa, powstrzymaj konie! W jaki sposób nadopiekuńczość babci i brak ćwiczeń ma się przełożyć na niezdarność tej dziewczynki? Przecież to może być w przyszłości rzutka prezes, świetna lekarz albo wynalazca leku na raka. A że dostanie zadyszki wchodząc na piąte piętro lub będzie się bała mitycznego przeziębienia – to co z tego? Nie dzięki temu będzie miała chleb i szacunek.

  • nieobiektywniej

    Yyy.. no więc ustosunkowuję się także (a jestem rocznik ‚głęboka komuna’):

    – „sińce pod oczyma nie zaalarmowały wychowawców” – gdy rozbiłam sobie brodę o kant czegoś ostrego i mama zawiozła mnie na ostry dyżur, zalaną posoką jak zarzynanego świniaka, lekarz najpierw wysłuchał mamy. Potem poprosił ją, żeby wyszła z gabinetu i spytał mnie, jak było. Powiedziałam to samo co mama, w ogóle nie rozumiejąc, czemu każe mi powtarzac to samo zamiast mnie ratować. Dopiero lata później zrozumiałam, że sprawdzał, czy to nie był skutek przemocy domowej.

    – „ojciec powiedział, żebym się nie mazgaił, bo mężczyzna musi stawiać czoła przemocy” – mój młodszy brat mocno oberwał kamieniem w głowę od starszych podwórkowych łobuzów (ZA KOMUNY!!), tata znalazł gagatków i wytargał ostro za uszy. Jakoś brat nie stał się miękką fają z tego powodu…

    • No oczywiście! A wiesz dlaczego? Bo to wszystko nie ma żadnego związku z tym, na kogo się wyrasta! Tylko autor stwierdził, że rzuci kilkoma głupimi faktami, połączy to z pewnymi danymi i wyciągnie idiotyczne wnioski.

      • nieobiektywniej

        Coś w rodzaju, że 100% osób pijących wodę umiera 😉