THORN

Wpadła mi w ręce książka jakiegoś nowego, nieznanego pisarza. Jasona Hunta. Dam człowiekowi szanse, pomyślałem.

Ten wpis możesz też przesłuchać albo ściągnąć w formacie mp3 z Soundcloud.

Na nową książkę Tomka Tomczyka (wydaną pod pseudonimem Jason Hunt – w końcu rynek amerykański sam się nie zawojuje) czekałem od momentu gdy ją zapowiedział. Dwie poprzednie to był kawał blogerskiej wiedzy, podanej w niesamowicie przystępnej formie, więc mogłem zakładać, że się nie zawiodę. Początkowo planowałem nabyć tylko ebooka, ale gdy Tomek pokazał jak będzie wyglądać papierowa wersja – zamówiłem natychmiast. W twardej oprawie. Chociaż nie chwieje mi się żaden stolik.

Zaprawdę powiadam Wam – wydana jest przecudnie. Papier, litery, układ strony… prawie ideał (prawie, bo jest jeden mankament, widoczny nawet na zdjęciu powyżej, ale olać go, bo to coś tylko dla fanatyków). Chciałbym, aby to był standard wydawania książek. Aby to ogólnie był standard projektowania w Polsce. I chciałbym, aby w podobny sposób wyglądały ebooki. Bo dla takich książek warto się skusić na papier.

Książkę pochłonąłem w jeden weekend. OK, „pochłonąłem” może nie jest najlepszym określeniem, ale starałem się nie robić zbyt długich przerw w lekturze. Co mnie tak urzekło?

Zacznijmy od historii. Dostajemy opowieść o zwykłym chłopcu, który ma wielkie marzenie. Realizacja tego marzenia oznacza wyprawę do Warszawy Nowego Jorku i próbę odnalezienia się w nowym świecie. Całość składa się z historii, które poznaliśmy już kiedyś na blogu Tomka, połączonych z zupełnie nowymi opowieściami. Przetykanymi zdaniami, z jakich autor słynie – a mających wyrwać czytelnika z jego strefy komfortu i zmusić do zmian. Po prostu – powieść obyczajowa z motywacyjnym podtekstem.

Aż dojdziecie do finału. Finał zrywa kapcie z nóg.

Ale jest w tej książce coś jeszcze. Coś, nie pozwala skupiać się na lekturze. To zagadki. Masa łamigłówek, odwołań, nawiązań i ukrytych faktów. O których ludzie w internetach rozmawiają i tworzą najdziksze teorie. To wszystko sprawia, że nawet jeśli się nie chce, w pewnym momencie zaczyna się notować pewne liczby. Potem liczyć litery. Potem szukać tego, co ukryte.

A potem patrzy człowiek na teorie innych i widzi, że na tej karuzeli można jechać w różne strony.

Jeśli więc lubicie zagadki, jesteście fanami stylu Tomka – a najlepiej macie ochotę na połączenie jednego z drugim – to nie wahajcie się ani chwili i kupcie „THORN”. W ostateczności skończycie z naprawdę ładnie wydaną książką, a to też jest jakiś wyróżnik.

No i koniecznie pomóżcie nam szukać wszystkich tajemnic!

  • Sama książka? Ujdzie. Mnie zakończenie raczej wkurzyło (to, co zrobiła A. uważam za szczyt egoizmu). Ani rozwiązania zagadki, ani szczególnej motywacji, ani nawet niewiele nowego, bo czytając Kominka od lat sporo historii już dobrze znam. Ot, zwykła lekka książka na jeden wieczór. Z żalem to piszę, bo lubię go czytać i liczyłam na coś więcej.
    Ale muszę przyznać – wydanie jest śliczne, a tak ułożone akapity czyta się zaskakująco wygodnie. Tomek mógłby uczyć inne wydawnictwa jak zrobić książkę wygodną dla czytelnika.

    • Szczyt egoizmu – owszem. Ale ostatnie zdanie przed epilogiem mnie rozwaliło. Tak po prostu.

      Mam nadzieję, że są jakieś nagrody za formę, w jakiej wydaje się książki. Tomek powinien taką otrzymać.