Z życia wzięte: gołębie

Garść moich przygód ze skrzydlatymi szczurami. Tak, szczurami, bo generalnie tylko paskudzą i roznoszą choroby, ale mimo tego niektórzy ludzie je hodują.

Zacznijmy od opisu miejsca. W moim bloku poszczególne balkony są od siebie oddzielone betonowymi (czy może gipsowymi) płytami. Od góry do dołu. Charakterystyczna elewacja budynku sprawia, że co ileś balkonów przegrody są dwie. A między – jest ziemia niczyja.

W sam raz dla gołębi.


Kilka tygodni temu, może przed dwoma miesiącami, zauważyliśmy gołębia wlatującego w ową szczelinę między balkonami. Przed deszczem się nie chował, spać też nie leciał… Wiadomo, co gołąb może robić w takim przytulnym miejscu.

Wić gniazdo.

Zajrzałem więc przy pomocy lusterka (inaczej się nie da) na ziemię niczyją, aby zobaczyć, czy nie leżą tam już jakieś gałązki albo inne śmieci. I móc odpowiednio zadziałać, na przykład zasłaniając całość siatką.

Jakież było moje zdziwienie, gdy ujrzałem odbicie dwóch paskudnych, łysawych stworów.

Były to gołębie pisklęta.


Jakiś czas później mój sąsiad sam jakimś sposobem zabezpieczył siatką wlot do tej przestrzeni. Może niezbyt estetycznie (bo tylko na dole), ale skutecznie. Tak przynajmniej sądziliśmy.


– Możesz tu podejść?

Głos żony dobiegający z balkonu nie brzmiał zbyt pewnie. Gdy do niej podszedłem, pokazała palcem w stronę wnęki. Wyglądała z niej główka gołębia.

– On chyba nie żyje… – ni to spytała, ni to stwierdziła.

Podszedłem, przyjrzałem się – gołąb nie zareagował. Faktycznie, był martwy. Szybkie sprawdzenie lusterkiem pokazało, że gołąb był sam. Pisklaki już dawno wyleciały z gniazda. Albo sąsiad w przebłysku geniuszu zamknął wlot nie sprawdzając, czy żaden ptak nie został w środku, albo też głupi gołąb wleciał do środka i nie mógł wylecieć. Obie wersje są możliwe.

Sąsiada generalnie w mieszkaniu nie ma (trzyma je na wynajem albo zrobił z niego magazyn powietrza), więc zostaliśmy z problemem zwłok gołębich. Patrzących na nas.


– Dzień dobry, dzwonię w takiej nietypowej sprawie – zacząłem niepewnie.

Osiedlowy weterynarz poradził mi, abym – zanim postawię na nogi wszystkie miejskie służby – skontaktował się z administracją osiedla. Ich blok, oni zwłoki usuną. Pion Techniczny wydał mi się najodpowiedniejszy. Miałem też nadzieję, że kobieta, która odebrała telefon, będzie podobnej myśli.

– Bo jak między balkonami w moim bloku czasem jest taka pusta przestrzeń, to tam właśnie zdechł gołąb.

– I?

Postanowiłem darować sobie gorzką ironię i zamiast spytać o jakieś fajne przepisy na gołębią padlinę, postawiłem na szczerość.

– No i czy ktoś mógłby go usunąć?

– A pan sam nie sięgnie?

O matko i córko! Jeśli kiedyś przyjdzie mi pracować w dziale pomocy konsumenckiej, przyjmę właśnie ten styl.

– Sięgnę – odparłem po chwili wahania – ale co potem zrobić z tymi zwłokami?

– A normalnie, do mokrych.

W Gdańsku segregujemy śmieci na suche (nadające się do recyklingu) i mokre (biodegradowalne). W sumie pasuje… Pani uświadomiła mnie, że obecnie żadnej epidemii nie ma, więc mam się nie krępować.

Przyszła pora na zdobycie nowej sprawności w CV.


O pozbywaniu się zwłok gołębia nie ma co pisać. Jeśli ktoś kiedyś będzie potrzebował dobrej rady w tym temacie, to niech pyta śmiało – służę. Powiem tylko, że przydają się podwójne gumowe rękawice, dużo worków na śmieci (także do zabezpieczenia przedramion przed podrapaniem o wszechobecne druty) oraz srebrna taśma. Do uszczelnienia rękawic, zabezpieczenia worka ze zwłokami. Generalnie srebrna taśma przydaje się w wielu momentach.

W sumie ciekawe, jak w sortowni śmieci zareagowano na moją paczkę.

Mój lusterkowy peryskop pokazał, że w głębi, pośrodku gniazda, pozostało jedno jajko. Zdecydowanie poza moim zasięgiem.


Kilka dni temu zobaczyliśmy, jak jakiś gołąb siedzi na naszym balkonie i najwyraźniej czai się na wlecenie do wnęki. Nadal zabezpieczonej siatką – pułapką. Kolejny debil z samobójczymi skłonnościami.

Wyszedłem na balkon, a ten ani drgnął. Dopiero jak podszedłem, postanowił odlecieć.

Po kilku minutach sytuacja się powtórzyła. Zanim zacząłem myśleć nad montażem jakiegoś stracha (albo podwyższeniem zabezpieczenia), skrzydlaty szczur wrócił i myk! Wskoczył do wnęki.

Szlag by to. Teraz trzeba będzie rozmontować tę siatkę. Albo poczekać i przygotować rękawice, worki i srebrną taśmę…

Wybraliśmy opcję pierwszą, ale najpierw trzeba było ocenić, jak daleko jest tam ten gołąb (i właściwie co tam robi – wyczuł pustostan?), więc ponownie sięgnąłem po moje niezawodne lusterko. To znaczy nie „moje”, tylko żony, ale… oj, wiecie.

Po chwili wróciłem do domu.

– Wiesz, może nie uważałem dobrze na biologii – zacząłem – ani na religii…

Żona spojrzała na mnie. Tak, grunt to dobrze zacząć.

– …ale wydaje mi się, że nie ma żadnego sposobu, aby jajka się rozmnożyły.

W gnieździe leżały dwa nowiutkie jajka. Kilka dni później – trzy. A obok nich siedziała mocno zdziwiona moim podglądaniem gołębica.

Jednak zdemontuję tę siatkę. Przynajmniej do czasu, jak małe wylecą. Chyba że ktoś chce mi zasponsorować kamerę on-line?

Foto: Konstantin TilbergCC BY 2.0