Gdyby media społecznościowe istniały w PRL…

Wyobraźcie sobie taką sytuację: internet powstaje kilkadziesiąt lat wcześniej. I jakimś cudem trafia za żelazną kurtynę… 

Jakiś czas temu zastanawiałem się jak wyglądałyby blogi, gdyby pisano je w literackich epokach historycznych. Tym razem nie będziemy się cofać tak daleko w czasie. Zobaczmy, jak wyglądałyby media społecznościowe, gdyby przypadkiem pozwolono im funkcjonować w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (młodszym z Was nie będę tłumaczył, co to było – ale powiem tylko, że pan na środku górnego zdjęcia to Edward Gierek).

Facebook

Z automatu każdy status dodany przez PZPR otrzymuje od Ciebie lajka. Podobnie jest z wydarzeniami zakładanymi przez partię. Nie ma możliwości zaznaczenie „nie idę” przy pochodzie pierwszomajowym czy pracach społecznych. Jeśli któryś z Twoich znajomych napisze status krytykujący władzę albo zechce zorganizować protest – jego aktywność zostanie fachowo wyciszona przez komórkę SB o nazwie „edżrank”. Ponieważ to PRL, coś musi nie działać. Tym czymś są hasztagi.

Twitter

140 znaków. W gospodarce niedoboru wielu osobom tyle wystarczy. Władza też przymyka na to oko, bo w 140 znakach napiszesz „Naród z partią, partia z narodem”, ale dwudziestu jeden postulatów już nie zmieścisz. Rekord polubień i retweetów należy do Edwarda Gierka (@gierek_official) i jego kultowego już „Pomożecie?” – odpowiedzi z hasztagiem #pomożemy królowały w trendach przez kilka tygodni.

YouTube

Niby na YouTube jest masa produkcji, ale zgrupowane są tylko na dwóch kanałach. Jeden należy do Krystyny Loski, a drugi do Jana Suzina. Władze niby zachęcają do tworzenia własnych treści, ale idzie to jakoś opornie. Niemała w tym „zasługa” powtarzanej z ust do ust historii o znanym pranksterze Sylwestrze W., który chciał stworzyć zabawny filmik pod tytułem „ZOMO trainer”. Niestety, podczas kręcenia miał miejsce przykry wypadek i nieszczęśnik spadł ze schodów. Wielokrotnie.

Instagram

Dziesięć filtrów. Niestety wszystkie są czarno-białe. Do tego obowiązkowo na wszystkich zdjęciach dodawane jest ziarno. Tematyka w zasadzie podobna do współczesnej: dominuje jedzenie (tu królują hasztagi #zapiekanka i #ocetporn, a wśród blogerskiej elity także #barmleczny) oraz zdjęcia z wakacji. Trochę artystycznego filtru, kadrowanie w kwadrat – i pracowniczy ośrodek wypoczynkowy w Łebie wygląda prawie jak Bułgaria.

Snapchat

Wydawało się, że ten serwis utrzyma się najdłużej i będzie wykorzystywany przez wszystkich. A zwłaszcza przez demokratyczną opozycję do szybkiej komunikacji. Niestety, po kilku głośnych aresztowaniach okazało się, że przesyłane wiadomości wcale nie znikają. A w stanie wojennym pośród filtrów na zdjęcia i filmy dodano ten z napisem „rozmowa kontrolowana”.

Poza tym pionowe filmy nie wpisują się w tradycje polskiej szkoły filmowej. To był ostatni gwóźdź do trumny Snapchata.

Vine

Serwis powstał niejako przez przypadek. Ciągłe przerwy w dostawie prądu powodowały częste przerwania wyświetlania i ładowania filmów na YouTube. Ktoś zauważył, że w takich poszatkowanych obrazach można zawrzeć sporo treści i tak narodziły się sześciosekundowe filmy.

Wyjątek uczyniono tylko dla Władysława Gomułki. Jego vine’y potrafią trwać kilka godzin. I nie można ich pominąć (to samo zastosowano na jego koncie Snapchatowym).

Periscope

Ten pomysł nie chwycił. Transmisje pochodów pierwszomajowych i spustów surówki i tak są w telewizji.

Swarm

Ludzie najczęściej meldowali się tam, gdzie spędzali najwięcej czasu – w kolejkach do sklepu, pociągach PKP czy na imieninach Zygmunta. Trudno w takiej sytuacji zostać „burmistrzem”, nawet wirtualnym – bo to ani popularne, ani władza dobrze na to nie patrzy. Ale za częsty check-in pod sklepem Społem można było dostać jakiś drobiazg: automatyczne wpisanie na listę kolejkową lub kawałek kości spod lady.

Ale geolokalizację i kolejki znakomicie połączyła gra Ingress. Po każdym rzucie mebli, pomarańczy przed świętami czy cukru portale tworzą się samoistnie.

Ello

Może to jest historia alternatywna, ale nie aż tak. Na Ello nadal są tylko jego twórcy.


Coś pominąłem? Waszym zdaniem media społecznościowe za komuny wyglądałyby inaczej? Podobają się Wam takie wpisy? Dajcie znać!

Foto: Zakwitnij!pl Ejdzej & IricCC BY 2.0

  • Ja wiem, że Google+ jest na równi pochłej, ale mi w tej scenerii zabrakło społecznosciówki, co ma nawet słuszną czerwień w ikonce 😛

    • A wiesz, że G+ było w szkicu do wpisu, ale… jakoś nie miałem serca kopać leżącego. No, dla Ello zrobiłem wyjątek 🙂

  • No i Disqus musiałby mieć koniecznie wtyczkę urzędu z ulicy Mysiej (dla młodszych Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk). Ale by mieli roboty z cenzurowaniem każdego komentarza 🙂

  • Przywłaszczyłbym sobie hasztaga #SelfieZKolejki 😉

  • Genialne! 😀 Zabrakło goodreads – ludzie mogliby zaznaczać, co czytają. Władza miała by kontrolę, kto się bawi w inteligenta i – myk! – zamykamy takiego 😉

    • KAW wypuściłaby swój czytnik ebooków. To pewne.

      • Z wgraną listą lektur bez możliwości dodania czegoś innego 😉

  • nieobiektywniej

    – Internetowa księga skarg i wniosków.
    – Przemówienia Gierka / Gomułki / Fidela Castro na YouTube z obowiązkiem obejrzenia, polubienia i polecenia znajomym raz w tygodniu.

    • Internetowa księga skarg i wniosków… czyli coś jak sekcja komentarzy na dowolnym portalu?
      Ale zobacz, jakie portale by były najpolularniejsze: trybuna.pl i wprl.pl 🙂
      EDIT: nie klikaj w te linki, nie wiedziałem, że takie strony istnieją 🙂

  • Hasztag #ocetporn górą. Aż zacznę używać!