Z życia wzięte: sekrety whisky

Może nie piję dużo alkoholu, ale na półkę z alkoholami w supermarkecie lubię od czasu do czasu popatrzeć. Jest taka kolorowa – i można się przy niej tyle dowiedzieć.

Wiecie, że nie pałam miłością do supermarketów. Jako bloger muszę jednak co jakiś czas pokazywać się w towarzystwie whisky – i mam nadzieję, że kiedyś ktoś przy okazji nauczy mnie to pić. Dlatego podczas ostatnich zakupów w tej świątyni handlu udałem się w okolice regału, czy też raczej ogromnej ściany, mieniącej się wszystkimi kolorami tęczy, plus kilkoma dodatkowymi.

Czego tam nie było! Whisky szkocka i japońska, whiskey irlandzka i amerykańska, staruszka z synem – jednym słowem: wszystko.

Domyślacie się, że od ostatniego z wymienionych elementów zacznę opowieść właściwą.

Staruszka z synem (około trzydziestoletnim, może czterdziestoletnim – czasem trudno określić) wahali się, na którą butelkę wydać swoje ciężko zarobione pieniądze. Pani sprawiała wrażenie osoby, która whisky widzi pierwszy raz w życiu, zastanawiając się czy „Johnny” to „Jan”, natomiast jej syn (zakładam, że to był syn – mógł być jej synem przecież…) zachowywał się w sposób prawie dokładnie identyczny. Jego wiedza zdawała się przewyższać wiedzę rodzicielki tylko w tym punkcie, że był on pewien tłumaczenia imienia „Johnny” na „Jan”.

Gdy tak przesuwali się wzdłuż ściany, kontemplując ceny, rozmiary i wagę poszczególnych butelek, obok nich śmignął młodzieniec w wieku syna i wprawnym ruchem ściągnął jakąś flaszkę z półki. Ten jakże profesjonalny gest nie umknął  staruszce, która natychmiast przydybała przechodnia:

– Pan to chyba zna się na tych whisky?

– No niespecjalnie… – próbował się wykręcić zagadnięty.

– Bo wie pan, my na prezent szukamy.

– Ja w sumie też – pan trochę wbrew sobie zdecydował się na kontynuowanie rozmowy.

– Proszę mi powiedzieć – ciągnęła niczym niezrażona staruszka – co to jest ta whisky?

– No, to jest chyba z ziaren… nie wiem, z jakich ziaren – poddał się mężczyzna.

– No ale – jego odpowiedź trafiła w próżnię – jak oni ją robią? Z winogron, czy ze zboża?

– Ze zboża – tym razem w głosie odpytywanego brzmiała pewność.

– A, no to jak nasza wódka – mruknęła lekko zdegustowana pani. – Bo wie pan, ja oglądałam film, jak robią te beczki do whisky. Jak je w środku opalają ogniem.

Pani wyraźnie wkręciła się w przekazywanie wiedzy, bo aż zaczęła pokazywać na butelkę trzymaną w ręku przez jej rozmówcę:

– I ten cały aromat, ten smak i dymy, to po prostu spalenizna. I nie dość, że alkohol obciąża wątrobę, to jeszcze szkodzi jej dwutlenek węgla, który jest toksyczny.

Pan zamyślił się na ułamek sekundy, spojrzał na przesiąknięty dwutlenkiem węgla zbrodniczy płyn trzymany w dłoni, po czym z pewną taką nieśmiałością odparł:

– Ale na prezent to można…

 Foto: Sylvain MoreauCC BY 2.0

  • Ee tam. Prawie wszystko, co dobre, szkodzi na wątrobę 🙂

    • Ale – jak widzisz – chodzi o to, aby szkodziło komuś innemu 🙂

      • Chętnie poświęcę swoją wątrobę. Ślijcie alkohol!

  • Aż mi się przypomniał film „Whisky dla aniołów” 🙂

  • Mr Cichy u Ciebie jest wszystko!
    Jest informacyjnie, jest wzruszająco…a dziś tak bardzo śmiesznie! j’adore! j’adore!