Słowo na niedzielę: user experience

Właściwie dwa słowa, ale… nie bądźmy drobiazgowi. Patrząc dookoła – sprawa jest poważna.

Według niezawodnej cioci Wikipedii user experience to „całość wrażeń, jakich doświadcza użytkownik podczas korzystania z produktu interaktywnego”. Kropka. Tylko tyle i aż tyle. dodane jest jeszcze, że pojęcie to dotyczy najczęściej programów komputerowych, serwisów internetowych czy urządzeń elektronicznych.

Coś jest na rzeczy, bo twórcy dobrych programów i stron internetowych poświęcają sporo czasu i pracy na to, aby osoby korzystające z ich stron miały z nimi jak najmniej problemu. Wszystko jest dokładnie przemyślane – gdzie ma być dany przycisk, jaką ma mieć wielkość i kolory. Bada się to, w jaki sposób ludzie czytają (czy raczej skanują) teksty w internecie i pisze się je w odpowiedni sposób.

Mówiąc krótko – frontem do klienta. I bardzo dobrze.

Marzy mi natomiast taki świat, w którym hasło „user experience” wyjdzie poza cyfrowe ramy i zacznie być stosowane zawsze. Przy projektowaniu każdego urządzenia. Bo nawet patrząc po tym, co mam w najbliższym otoczeniu – to mam wrażenie, że o użytkownikach się nie myśli. Przykłady?

W mojej kuchni stoi czajnik. Taki zwykły, do gotowania wody na gazie. Elegancki, nierdzewny, metalowy. W całości metalowy. Tak, to oznacza, że ma również metalową rączkę. Która idealne nagrzewa się podczas gotowania wody. Jest to jedyny znany mi czajnik, z którego nalewa się wodę trzymając rączkę przez rękawicę kuchenną.

A gdzie leję tę wodę? Do kubka, aby zaparzyć herbatę. Najchętniej zieloną, która musi mieć odpowiednią temperaturę. Na szczęście jakiś czas temu kupiłem termometr kuchenny – taki z długim szpikulcem i ekranem na końcu. Można nim mierzyć temperaturę pieczeni, można i wody w kubku. Tylko że w tym drugim przypadku trzeba termometr cały czas trzymać, bowiem na tym końcu z ekranem ciężar jest własnie na wyświetlaczu. I termometr obraca się ekranem w dół.

Ale gdy już uda mi się osiągnąć właściwą temperaturę wody, to z chęcią zanurzę w niej zaparzacz z herbatą. Kiedyś kupiłem zestaw takich fajnych – ceramicznych (aby herbata nie przechodziła metalem), kolorowych. Cuda. Tylko ktoś, kto je projektował, nie zastanowił się nad tym, że herbata po zaparzeniu trochę pęcznieje. I potem ciężko ją wyłuskać z takiego zaparzacza.

Moje doświadczenie, jako użytkownika, jest jak najgorsze.

Ale żeby nie było, że brak myślenia o odbiorze użytkownika to wyłącznie domena kuchni – rowery. Coraz popularniejszy środek transportu w naszych miastach, a zwłaszcza w Gdańsku, starającym się utrzymać tytuł rowerowej stolicy Polski. Kiedyś już pisałem o tym, że nawet w Gdańsku ścieżki rowerowe bywają projektowane kompletnie w oderwaniu od tego, do czego będą używane. Ale dopiero niedawno zauważyłem, że dotyczy to także zamontowanych wzdłuż nich lamp.

Tak wygląda lampa oświetlająca drogę rowerową.

20150524_185920

Czy widzicie coś nietypowego? Jeśli nie – podpowiem. Tak wygląda wieczorem droga oświetlona przez taką lampę.

20150513_211336

Te lampy zamontowano na dystansie kilometra, jeśli nie dłuższym. Zawsze tak samo. Zawsze od strony drogi jest ten nieszczęsny pałąk. Który rzuca idealny cień na ziemię. A wystarczyłoby przekręcić o 180 stopni… Nie wiem, czy to wtopa projektanta, czy ekipy montującej, ale najwyraźniej ktoś nie pomyślał „a jak zadziała ta lampa, gdy będzie się świecić”. Bo przecież nie chodzi o to, aby lampa oświetlała komuś drogę.

Stąd mój wielki apel do wszystkich, którzy coś tworzą, projektują, wymyślają: myślcie o użytkownikach waszych dzieł. Zastanówcie się od początku do końca, jak będzie wyglądało ich zachowanie. Jeśli trzeba – zróbcie testy na jakiejś próbie. Niedawno miałem okazję być królikiem doświadczalnym w takich testach i wiem od osoby je przeprowadzającej, że nawet kilkoro użytkowników może dać gigantyczną informację zwrotną.

Mówiąc krótko – myślcie. Bo samym designem się wszystkiego nie załatwi. Cały czas zadawajcie sobie dwa pytania: co jeszcze użytkownicy mogą robić z moim produktem i co może pójść nie tak? Albo inaczej – jak po kolei będzie wyglądać korzystanie z mojego produktu. Bo czasem chyba nawet to podstawowe pytanie umyka… I znowu posłużę się przykładem rowerowym.

Przy coraz większej ilości biurowców montowane są stojaki dla rowerów. Ci inwestorzy, którzy chcą uchodzić za nowoczesnych, budują zadaszone parkingi rowerowe. Ci, którzy mają świadomość, że strój rowerowy niekoniecznie musi być strojem służbowym – budują jakieś szatnie lub przebieralnie. Autentycznie postępowi rozumieją, że jadąc rowerem do pracy można się spocić i stawiają prysznice.

Z przyjemnością usłyszałbym o tych, którzy projektują też miejsca do wysuszenia ręczników.

Foto: Alec CourosCC BY-NC-SA 2.0