Dlaczego jest smutno po See Bloggers?

To norma, że po konferencjach blogowych człowieka dopada smutek. Typowy syndrom odstawienia. Tym razem jednak był to nieco inny smutek.

Wczoraj zakończyła się trzecia edycja See Bloggers, dziś ogłoszono kto dostał się na Blog Forum Gdańsk. W sieci dominują zachwyty nad pierwszym oraz radość pomieszana z jękiem zawodu spowodowanym tym drugim. Niektórzy przy tej okazji wpadli na szalony pomysł porównywania tych dwóch imprez, mówienia która jest lepsza… tacy ludzie nie rozumieją, że cele tych dwóch wydarzeń są zupełnie różne.

I zupełnie różny był – czas przeszły wynikający z moich doświadczeń z poprzednich edycji – pomysł na obie imprezy. BFG to forum w pełnym tego słowa znaczeniu. Miejsce dyskusji i zastanawiania się nad kierunkiem, w jakim zmierza blogosfera. See Bloggers to twarda, merytoryczna konferencja. Te dwie imprezy mogą się znakomicie uzupełniać (i byłoby miejsce nawet na trzecią, ale o tym na koniec). Mogą stworzyć z Trójmiasta bijące serce polskiej blogosfery.

Choć od wczoraj powiedziałbym raczej, że mogły.

Jeszcze w sobotę rano myślałem, że dziś napiszę piękną laurkę o kolejnej świetnej imprezie, gdzie jedynym niedociągnięciem był brak nazwy bloga na identyfikatorze. Z każdą minutą widziałem jednak, że ta wtopa będzie tylko wisienką na torcie.

Aby nie było, że mam do przekazania tylko złe wieści, zacznijmy od pozytywów.

Po pierwsze – blogerzy. Tak pozytywnych i interesujących ludzi można ze świecą szukać. I się ich nie znajdzie, bo trudno ze świecą trafić do internetu. Każde spotkanie z blogerami powoduje automatyczny, szeroki uśmiech. Blogerzy fajni są i zawsze będę to powtarzał. Nawet, jeśli jakimś cudem przestaną tacy być.

Po drugie – impreza wieczorem w sobotę. Już przy poprzedniej edycji było całkiem spoko, ale tym razem trafił się prawie ideał. I nie chodzi nawet o otwarty bar. Poprzednim razem nie było gdzie porozmawiać, więc osoby przekładające konwersacje nad pląsy miały problem. Tym razem przed Pomorskim Parkiem Naukowo – Technologicznym (gdzie była wieczorna impreza) kłębił się tłum ludzi, którzy mogli w spokoju porozmawiać. Na szczęście nie padało i nie było za zimno, ale i tak – fajnie, że było miejsce do integracji. I nawet nie przeszkadzał fakt, że sporo osób hasło „Havana night” zrozumiało jako „Hawaje night”.

Po kolejne – wystąpienia. Konrad Kruczkowski, Paweł Opydo i Tomek Tomczyk. Ludzie, których warto słuchać, nawet gdy nie jest się blogerem. Pierwszy mówił o tym, że kasa wcale nie jest najważniejsza (mam propozycję, aby Konrad napisał książkę „Co każdy bloger wiedzieć powinien”), drugi – o całościowym podejściu do designu i treści (bardzo wielu blogerów o tym nie myśli – a powinni zacząć jak najszybciej), trzeci – rozwinął swoją myśl z Poznania, że blogi jako platformy się kończą, ale tym razem podał kilka propozycji, co może nas czekać w przyszłości (poza tym nie widziałem jeszcze słabej prezentacji Tomka). Inne wystąpienia na głównej scenie – też były dobre. Przynajmniej te, które widziałem.

Po jeszcze jedno – Rebel. Coś czuję, ze kupię sobie grę „Szmal”. Stoisko z planszówkami powinno być obowiązkowe na każdej imprezie blogowej.

Po zupełnie ostatnie – w pakiecie powitalnym był rewelacyjny notes. Autentycznie – aż chce się pisać!

No, to pozytywy mamy za sobą, teraz przejdźmy do drugiej części.

Zacznijmy od tego, co rzucało się w oczy wszędzie. Sponsorzy. Partnerzy. Firmy. Od samego wejścia atakowały mnie (to adekwatne słowo – o czym za chwilę) marki. Nazwać to przesytem – to trochę za mało. Poczułem się jak przy dowolnie wybranej drodze krajowej, gdzie wisi pierdyliard reklam. I przez to nie zapamiętuję żadnej.

Innym moim skojarzeniem był targ. Te marki nie stały grzecznie i nie czekały, aż do nich podejdę. One miały ambicję pojawić się w każdej minucie w zasięgu mojego wzroku i zaangażować mnie w jakiś sposób. Czasem nie do końca z sensem. No bo jak ocenić fakt, że na scenie Eliza mówi o tym, że należy się cenić, a tymczasem kilkanaście metrów dalej blogerzy walczą o to, aby wygrać zegarek – fundując firmie darmowe zasięgi? Jaki sens był we wrzucaniu do każdego pakietu powitalnego paczki podpasek? To jakaś aluzja? Nie można było tego jakoś dopracować z marką?

Szczytem jednak były warsztaty z montażu, organizowane przy współpracy z jedną z marek. Ja wiem, że przez pół godziny nie sposób dowiedzieć się o zawiłościach montażu filmów, ale trochę podstaw plus kilka sztuczek można było przemycić. Nic z tego. Zamiast takich informacji dowiedziałem się za to, że znakomicie montuje się filmy na laptopie wiadomej marki z podłączonym monitorem tej samej marki. To było pół godziny przeglądania katalogu. Poczułem się jak na pokazie magicznych garnków dla emerytów.

Robiąc wiele ścieżek tematycznych należy liczyć się z tym, że poszczególne z nich nieznacznie się rozjadą. W takiej sytuacji ktoś, kto chciałby skorzystać z warsztatów w różnych strefach, może mieć nielichy problem. Dodatkowo wszystko było tak ciasno upakowane, że chcąc w pełni skorzystać z danej strefy, trudno było uczestniczyć w prelekcjach na głównej scenie. I w ten sposób na przykład nie wszyscy mogli wysłuchać arcyważnej prezentacji Konrada (serio, to powinna być jazda obowiązkowa dla każdego). Organizacyjnie – niewesoło.

W pewnym momencie zacząłem się też zastanawiać – do kogo właściwie skierowane jest to wydarzenie? Do blogerów z niezłym stażem, którym trzeba mówić jaki jest następny krok w blogowaniu (prezentacja Tomka), czy może dla początkujących, którym trzeba tłumaczyć jak działa fejs i jak odpisywać na listy z agencji?

Tym, co przelało czarę goryczy, było odwołanie warsztatów marki Grant’s. Czyli tego, co absolutnie rozłożyło na łopatki podczas zimowej edycji. Gdy przyszedłem na moją godzinę (15:45), dowiedziałem się, że warsztaty zostały zlikwidowane, bo trzeba przygotować salę na wieczorną imprezę. Czy to nie jest coś, co można było przewidzieć? Dlaczego ustawiono warsztaty (i przyjęto na nie zapisy) w czasie, gdy trzeba było przygotowywać imprezę? Było mi żal, bo osobiście mówiłem wielu osobom, jak fantastyczne są to warsztaty – i te osoby musiały odejść z niczym.

Dowiedziałem się, że prezentacja Grant’s będzie na głównej scenie. Nie trafiłem na nią. Okazało się, że to, co brałem za główną scenę – wcale nią nie było. Prezentacja była w sali kinowej i przeszła mi koło nosa. Szkoda, że nie było jakiejś powszechnej informacji.

Ostatnim elementem, który sprawił, że po See Bloggers jest mi smutno – jest kwestia jedzenia. Nie zorganizowano żadnego. Spoko, to rozumiem – nie ma obowiązku. Tylko że Pomorski Park Naukowo – Technologiczny w Gdyni jest dość daleko od licznych gdyńskich knajp, więc trudno sobie gdzieś wyskoczyć na obiad. Przyjechał do nas food truck. Jeden. Z coraz dłuższym czasem oczekiwania (w pewnym momencie dochodził do godziny). W takiej sytuacji nie pozostało mi nic innego, jak przejść się nieco, aby zjeść pizzę.

W tym samym czasie – o czym dowiedziałem się dużo później – prelegenci mieli posiłki dla siebie. Przygotowane przez restaurację. Ciekawe, jak poczuły się osoby, które zobaczyły zdjęcia tych smakowitości na fejsie, tkwiąc w kolejce po burgera? Albo patrząc ze smutkiem na puste talerze po kanapkach. Nie mówię, że należałoby wszystkim zafundować taki posiłek – ale może nie ma sensu tworzyć sztucznych podziałów w blogosferze? Bo tak wiele osób odebrało tę sytuację.

Liczę się z tym, że po powyższym niektórzy zechcą mi przypiąć łatkę hejtera, bo śmiem wytykać jakiekolwiek minusy. Może się też tak zdarzyć, że organizatorzy na następnych edycjach uznają mnie za persona non grata oraz przestaną odpowiadać na „cześć” na ulicy. Wierzę jednak w to, że odbierzecie mój wpis jako konstruktywną krytykę. Dostrzegam Wasz ogrom pracy, włożony w organizację. Od samego początku twierdziłem, że See Bloggers to impreza z potencjałem. Szkoda, żeby to wszystko zostało rozpieprzone przez mniejsze i większe niedociągnięcia.

Dlatego w ramach podsumowania – kilka kwestii. Liczę, że nie tylko zainspirują Was do stworzenia jeszcze lepszej czwartej edycji, ale też sprowokują blogerów do zastanowienia się nad tym, w jakich wydarzeniach chcą brać udział.

Zastanówcie się nad tym, co robicie i dla kogo? Czy to ma być konferencja, czy może festiwal? Jeśli festiwal – to kto tam jest gwiazdą, a kto fanem (na tym polegają festiwale)? Czy zwracacie się do początkujących uczestników, czy do starych wyjadaczy? Chcecie przekazać wiedzę na poziomie zaawansowanym, czy może podstawy?

Tutaj podsuwam pomysł na ową trzecią konferencję, o której pisałem na początku – brakuje czegoś dla tych, którzy dopiero startują. To mógłby być jeden dzień, nawet płatny (aby przyjechali faktycznie ci, którym na blogowaniu zależy), z minimalną i dyskretną obecnością marek. Taki projekt spiąłby się finansowo i zostałby dobrze odebrany przez branżę, a jednocześnie umożliwiłby See Bloggers rozwój w kierunku konkretnego, wiedzowego mięsa.

Wizerunek. I to wizerunek wszystkich uczestników. Zastanówcie się, jak po tym weekendzie postrzegamy się nawzajem. Jak marki patrzą na blogerów? Ile osób patrzy na niektórych blogerów jak na dzieci, łapiące się na lep darmowych pieluszek, rozdające zasięgi nie w szczytnej sprawie, ale za zegarek?

Jak blogerzy postrzegają marki? Jako nachalne monstra, wciskające swoje logo wszędzie – nawet tam, gdzie być go nie powinno? Dające gratisy na zasadzie „plebs łyknie wszystko”? Tak, ja nadal o tych podpaskach – które można było fajnie ograć w związku z kampanią społeczną organizowaną przez ich producenta…

Jak mniejsi blogerzy, starający się przetrwać na energetyku i herbatniku, postrzegają tych większych? Jako spoko ludzi, do których można podejść? Czy może jak osoby z innej planety, którym trzeba zapewnić wykwintne dania w osobnej sali? Jak to się ma do integracji środowiska?

A ci, którzy byli pierwszy raz na blogowej imprezie – czy mają myśleć, że to właśnie tak ma wyglądać? Gdzie walor edukacyjny? Gdzie uświadomienie im, że ich zachowanie rzutuje na wizerunek całego środowiska – więc może nie warto zabijać się o tusz do rzęs czy dmuchaną piłkę?

Jak w tym wszystkim postrzegani jesteście Wy, organizatorzy? I jak postrzegane jest Trójmiasto?

Wierzę, że zadajecie sobie te pytania. Patrząc na kosmiczny skok, jaki dokonał się między pierwszą a drugą edycją – liczyłem na fenomenalną trzecią. Chcę wierzyć, że w Waszym działaniu autentycznie chodzi o coś więcej (tak, jak mówił Konrad na prezentacji – tego człowieka nigdy za wiele), a nie był tylko jeden wielki skok na kasę.

Mi jest po prostu smutno. Ale to minie. Natomiast skutki uboczne Waszych działań będą trwać. Mam nadzieję, że będziecie z nich zawsze zadowoleni.

Jeśli podobał Ci się ten tekst, polub mnie na Facebooku!