Wpół do weekendu #50 – co nas nie zabije…

Dziś z pewnością jest jakaś rocznica czy wspomnienie kogoś istotnego, ale co nam po tym, skoro tak łatwo można zginąć?

Ten wpis nie powstałby, gdybym nie dowiedział się o istnieniu jednego uroczego węża. Gad pochodzi z Afryki, ale czytając o tym, jak działa jego trucizna, założyłbym, że jest rdzennie australijski. Otóż – jad owego węża niszczy czerwone ciałka krwi, powstrzymuje krzepnięcie i powoduje powolne wykrwawienie się ze wszystkich możliwych jam ciała.

Właściwie w tym momencie można przerwać ten wpis i oddalić się do kąta, aby tam zwinąć się w pozycji embrionalnej, ale – jeszcze nie.

Zapewne większość z nas ma do czynienia z truciznami jedynie w czytanych powieściach i oglądanych filmach sensacyjnych. Jeśli ktoś z Was pisze powieść i zastanawia się nad otruciem swojego bohatera – w sieci znajdziecie nawet poradnik jak to zrobić najlepiej. Przy czym warto zgłębić temat, aby nie popełnić przy pisaniu jakiegoś podstawowego błędu. Ale musimy mieć świadomość, że gdzieś tam, za drzwiami, jest groźny świat pełen jadowitych zwierząt. I – jakżeby inaczej – roślin.

Można oczywiście łudzić się, że nam, żyjącym w mieście, trujące zwierzęta i rośliny nie są straszne. Ale z pomocą przychodzą inni ludzie. Którzy też potrafią używać trucizn niczym jadowity wąż. A z ryzyka spożycia jednej z nich zrobili kulinarną atrakcję.

W takiej sytuacji pozostaje tylko jedno. Zastanowienie się, co jest najgroźniejszą trucizną. Następnie – ponieważ to internet – zrobienie rankingu najbardziej śmiercionośnych trucizn. Oraz kolejnego. I może jeszcze jednego, krótkiego. A następnie – przygotowanie czegoś samodzielnie w kuchni. Jak już się truć, to najlepiej czymś własnym.

Tylko pamiętajcie – zabić może wszystko. Kwestia dawki.

Foto: e_monkCC BY-NC-SA 2.0

  • Jeffery Deaver – Kolekcjoner skór. Brrrr, tam o truciznach na przykład. Ale dzięki, Cichy, teraz naprawdę zwinę się w pozycji embrionalnej gdzieś pod stołem.