Dobre gry: Race the Sun

Nieskomplikowane zasady, szaleńcze tempo i adrenalina na maksa. Ciekawy pomysł też się przydał.

Powyższy wstęp może być najkrótszym opisem gry „Race the Sun”, która bliżej nieznanym mi sposobem pojawiła się na moim koncie Steam. Ale nie po najkrótsze opisy tu przychodzicie, a zatem…

O co chodzi? Lecimy sobie takim dość futurystycznym pojazdem. Futurystycznym nie tylko z wyglądu, ale też z napędu. Statek jest bowiem zasilany energią słoneczną. A my lecimy właśnie w stronę słońca, dzięki czemu mamy niewyczerpany zapas paliwa. A raczej – mielibyśmy, gdyby nie dwa problemy.

Po pierwsze: słońce ma to do siebie, że zachodzi. Z każdą minutą jest coraz niżej, a gdy zniknie za widnokręgiem, stracimy energię do dalszego lotu. I eksplodujemy: konstruktorzy statku nie przewidzieli łagodnego lądowania po locie szybowcowym. Nie ma słońca, jest kula ognia.

Drugi problem to różnej maści przeszkadzajki: góry, sześciany, wyższe góry, więcej sześcianów. To może nam zaszkodzić na dwa sposoby. Przede wszystkim: takie obiekty rzucają cień. A w cieniu tracimy energię. Na dodatek im słońce niżej, tym cień dłuższy, a zatem mniejsza szansa na trafienie smugą światła. Po drugie – nasz pojazd zasuwa dość szybko, ale przy dużych prędkościach jest nieco podsterowny. Tym samym łatwiej nim władować się wprost w górę. Albo sześcian. I tradycyjnie skończyć jako kula ognia.

Aby nie było tak smutno – są jeszcze elementy wspomagające. Jest bonus, który daje pojazdowi chwilowego kopa, tym samym przesuwając słońce nieco wyżej na niebie. Jest inny, który umożliwia krótki lot, a zatem wyjście ponad cień i ominięcie niektórych przeszkód. No i są rozsiane wszędzie piramidki, zwiększające mnożnik punktów.

To wszystkie zasady. Nie ma żadnej fabuły (chyba), nie ma bossów ani fikuśnych kombosów. Są cele, których spełnienie przybliża nas do przejścia na następny etap rozwoju, na przykład możliwość chwytania dwóch bonusów albo magnes przyciągający piramidki. Wspomniane cele mają różny stopień trudności – od rozbicia się na jakiejś przeszkodzie określoną ilość razy po przejście danego etapu skręcając tylko w lewo (niesamowicie trudne).

Są jeszcze etapy bonusowe, ukryte w portalach rozrzuconych na niektórych trasach. Wystarczy wlecieć w taki portal, aby przenieść się do zupełnie innego świata, na przykład do pasa asteroid. Gdzie z grubsza obowiązują te same zasady – lecimy przed siebie i omijamy kamienie.

Wszystko do tego całkiem nieźle wygląda (kliknijcie w dowolne zdjęcie poniżej, aby przejść do galerii). Muzyka jest odpowiednio niepokojąca i tworzy fajny klimat. Sterowanie – strzałki i spacja do odpalania lotu. Nie wiem, w jaki sposób ta gra mogłaby być prostsza.

„Race the Sun” to efekt kampanii na Kickstarterze i trzeba przyznać, że są to pieniądze dobrze wydane. Gra urzeka swoją prostotą, a na dodatek cierpi na jakże zwodniczy syndrom „jeszcze raz, tym razem się uda”. Po każdym rozbiciu się na przeszkodzie tylko jedno wciśnięcie Enter dzieli gracza od próby ponownego zmierzenia się z trasą. Niezwykle ciężko jest powstrzymać się przed tym wciśnięciem.

Jeśli macie trochę czasu – kupcie śmiało „Race the Sun”. Myślenie nie jest wymagane, za to można się doskonale odstresować. O ile nie frustruje Was przechodzenie po raz setny tej samej trasy (na szczęście co kilkanaście godzin następuje reset świata i wszystkie klocki układają się inaczej). Ja odpalam tę grę co jakiś czas i już umiem ją wyłączyć prędzej niż po godzinie…

Aha, jeśli dobrze rozumiem teksty przy uruchamianiu gry, „Race the Sun” obsługuje też okulary Oculus Rift. A więc można czerpać zupełnie nowe doznania z gry, jeśli ktoś dysponuje takim sprzętem.