Avenue Q – czyli Ulica Sezamkowa dla dorosłych

Wprawdzie twórcy spektaklu, o którym będę dziś pisał, wyraźnie odcinają się od Jima Hensona i jego lalek, ale nie ma się co oszukiwać – wszelkie podobieństwo nie jest przypadkowe.

Niedawno byłem na interesującym spektaklu w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Na „Avenue Q” wybrałem się tylko dlatego, że dawno temu widziałem na YouTube jeden film z piosenką z tego spektaklu. To wystarczyło.

Niektórzy z moich Czytelników może wiedzą, o jaką piosenkę mi chodzi. O tę:

Tak. Kukiełki niczym żywcem przeniesione z Ulicy Sezamkowej śpiewają o tym, że podstawowym celem istnienia internetu jest pornografia.

A to tylko jedna z piosenek.

Do kamienicy przy Avenue Q wprowadza się nowy lokator. Słowo wyjaśnienia: aleje w mieście oznaczane są literami. Avenue A to ta najlepsza, więc możecie się domyślić, jak jest przy Avenue Q. Ów nowy lokator to Żaczek Przyjemniaczek (tak się nazywa), świeżo po studiach, na śmieciówce, ale przekonany, że zaczyna najlepszy etap w życiu. Szuka celu w swoim życiu, ale zanim go znajdzie, pomieszka trochę w nieco mniej reprezentacyjnej części miasta. A razem z nim galeria oryginalnych typów. Jest bezrobotny, marzący o karierze komika, jego azjatycka żona, kudłaty potwór uzależniony od pornografii, ładna dziewczyna, będąca nauczycielką w przedszkolu, stróż, który w dzieciństwie był gwiazdą telewizji (w polskiej wersji musicalu – był Maćkiem z „Klanu”)…

Wszyscy oni przeżywać będą wzloty i upadki. Odnajdą miłość i rozczarują się nią. Zrozumieją, że w dorosłym świecie łatwo nie jest, ale nie można też się poddawać. Będą uprawiać seks po pijanemu, przyznawać się do drobnych przejawów rasizmu w codziennym życiu, wypierać się własnego homoseksualizmu, używać słów powszechnie uznanych za wulgarne i szukać pocieszenia po zawodzie miłosnym w ramionach prostytutki. Tak, to wszystko możecie zobaczyć w spektaklu.

Dlatego idąc na ten spektakl miejcie to na uwadze. To, że występują w nim lalki nie znaczy, że jest odpowiedni dla dzieci. Mamy tu do czynienia z opowieścią dla dorosłych, na dodatek zdecydowanie nie dla wszystkich. Trzeba mieć trochę dystansu do siebie, do rzeczywistości, a jednocześnie nie gorszyć się przy byle okazji. To podstawowe warunki, aby nie wyjść z teatru w czasie przerwy. A nawet przed nią.

Co do samego przedstawienia – historia jest raczej przewidywalna. Nie ma się co spodziewać nagłych zwrotów akcji czy nieszablonowego zakończenia. Wszystko kończy się… może nie dobrze, ale zadowalająco. Tylko że to bajka – choć niektóre piosenki lub skecze mogą sprawiać wrażenie żywcem wyjętych z naszego życia, to nie ma co liczyć, że potoczy się ono tak, jak spektakl. Niestety.

Tym, co powinno stanowić o sile „Avenue Q” jest humor. To przecież duża dawka śmiechu, jaką otrzymałem z piosenką o internetowej pornografii sprawiła, że kupiłem bilety na spektakl. Jak więc bronią się żarty prezentowane na scenie? Z trudem. Niestety, choć tłumaczenie jest dość zgrabne, a dodatkowo w tekst wpleciono akcenty lokalne, to jednak brak mu lekkości oryginału. Piosenki nie wpadają w ucho, a jeśli po wyjściu z teatru coś nuciłem, to raczej oryginał, niż tłumaczenie. Jest zabawnie, ale bez szału – brzuch mnie nie rozbolał.

Niemniej – jakąś odrobinę sympatii do mieszkańców Avenue Q poczułem. Spodobało mi się ich podejście do świata, takie pozytywne, na przekór rzeczywistości. Ujęła mnie ich wspólnota. I życzyłbym sobie, aby wszyscy dookoła mieli taki dystans do siebie, jak te kukiełki.

No i żeby od czasu do czasu było z kim zaśpiewać – nawet jeśli będzie to piosenka „Do dupy być mną”.

Generalnie – jeśli będziecie mieć okazję wybrać się na „Avenue Q”, to nie wzbraniajcie się jakoś mocno. Możecie spędzić przyjemny wieczór.

Foto: Harold NealCC BY-NC-ND 2.0