On wrócił

Dziś przypada siedemdziesiąta rocznica samobójstwa Adolfa Hitlera. A gdyby tak nagle fuhrer… wrócił?

Na takim pomyśle zasadza się książka Timura Vermesa „On wrócił”. Oto w pewien poranek w 2011 roku pośrodku Berlina, na trawniku, budzi się Adolf Hitler. Żywcem wyjęty ze swojego bunkra w 1945 roku.

Początek można przewidzieć – klasyczna komedia pomyłek, gdy ktoś z przeszłości próbuje odnaleźć się w XXI wieku. Tylko że to nie jest pierwszy lepszy podróżnik – to Adolf Hitler. Człowiek, który nie planuje dostosować się do zastałej sytuacji. Raczej chce zmienić sytuację na swoją korzyść.

Zaczyna więc działać. Mówiąc dokładnie to samo, co w latach trzydziestych ubiegłego wieku.

Wydawać by się mogło, że w takiej sytuacji fuhrer momentalnie skończyłby w więzieniu, albo w domu dla obłąkanych. Nic jednak takiego się nie dzieje. Wszyscy bowiem zaczynają brać jego słowa za… wyszukaną satyrę. Punktującą współczesne Niemcy. A sam Hitler szybko trafia do popularnego programu telewizyjnego. A następnie dostaje własną audycję – gdzie w błyskotliwy sposób, mówiąc cały czas to samo, zapędza swoich rozmówców w kozi róg.

Coś jak Kuba Wojewódzki, ale lepszy. I planujący zajęcie Polski.

Gdyby Hitler faktycznie obudził się w dzisiejszym świecie, byłoby to niemożliwe? Niekoniecznie. Autor pokazuje, że wyczulenie Niemców na nazistowską symbolikę zostaje skutecznie przytłumione przez doszukiwanie się drugiego dna. Nikt nie dopuszcza przecież do siebie myśli, że zbrodniarz przeniósł się w czasie – a zatem jego brednie muszą mieć wyraz artystyczny. Tym bardziej, że niektóre jego wypowiedzi można rozumieć dwojako, a w takiej sytuacji człowiek zawsze zrozumie coś tak, jak sam by tego wolał, a niekoniecznie zgodnie z wolą mówcy.

Wszyscy więc słyszą to, co chcą słyszeć. Przyznają Hitlerowi rację, doceniają jego umiejętność wypunktowania współczesnych absurdów za pomocą nazistowskiej paplaniny. A gdy nikt nie widzi – witają go rzymskim salutem i krzyczą „Sieg heil”. Bo to taka konwencja przecież.

Nie – Niemcy w książce nie tęsknią do nazizmu. Nie relatywizują zbrodni narodowych socjalistów. Wszyscy (poza głównym bohaterem) zgodnie potępiają to, co działo się, gdy NSDAP była u władzy. Ale dla sztuki, dla satyry – można pozwolić jakiemuś dziwakowi na paradowanie w mundurze i cotygodniowe butne wystąpienia w telewizji.

Trochę to gorzkie i smutne. Jednocześnie zastanawiam się, jak to wygląda po naszej stronie Odry. Czy gdyby u nas nagle pojawiło się zło wcielone, potrafilibyśmy je nazwać po imieniu i napiętnować? Czy może raczej zaczęlibyśmy rozmawiać „co autor miał na myśli?”, pojawiłyby się grupy osób twierdzące, że to wszystko ma głębszy sens, a na sam koniec – wiele osób stwierdziłoby, że nie można ograniczać artysty.

Gdy się tak dobrze zastanowić – to w kilku przypadkach ludzie tak się zachowywali. Odnoszę wrażenie, że póki co były to głosy mniejszości, ale z czasem, kto wie…

Bo czy Hitler nie mógłby się obudzić w Warszawie?


Przed siedemdziesięciu laty zjednoczone siły ludzkości pokonały najstraszliwsze zło w historii planety – nazistów. Tak przedstawia to popkultura. Okrągła rocznica końca drugiej wojny światowej to okazja do rzucenia okiem na parę tematów z nią związanych. Zaczynam dzisiaj recenzją książki i przez najbliższy tydzień pod roboczym szyldem „nazi week” będę publikował teksty orbitujące wokół szaleństwa, w jakie wpadł świat w latach trzydziestych. Choć, jak to zwykle u mnie – nie spodziewajcie się tego, czego moglibyście się spodziewać. Postaram się między innymi odpowiedzieć na pytanie „czy po III Rzeszy pozostało coś dobrego?”….