Pisanie na fejsie też wymaga myślenia

W jeden weekend udało Ci się przeżyć trzęsienie ziemi i ukończyć maraton? Musisz być niesamowitym człowiekiem!

W weekend miało miejsce tragiczne trzęsienie ziemi w Nepalu. Zginęły tysiące osób. Ale przy okazji dane nam było zobaczyć, jak fajnie zmienił się świat w ciągu ostatnich lat.

Kiedyś bowiem o takiej tragedii dowiedzielibyśmy się o 19:30 z „Wiadomości”. I to zapewne nie byłaby pierwsza wiadomość. Jeśli mielibyśmy kogoś bliskiego w tamtym rejonie, to zapewne zaczęlibyśmy dzwonić do MSZ, ambasady czy organizacji humanitarnych. I może po kilku godzinach lub dniach dowiedzielibyśmy się, że z bliską nam osobą wszystko jest OK.

Dziś taki podróżnik w Nepalu może się oznaczyć na fejsie jako cały i zdrowy. Ja zaś o samym trzęsieniu dowiem się nie z telewizji, ale własnie z fejsa. I nie będę musiał się martwić, bo równocześnie z tą informacją dostanę wiadomość, że moi bliscy podróżnicy są bezpieczni.

Życie w przyszłości jest fantastyczne, nieprawdaż?

Ale z przyszłością jest jak z każdym dobrodziejstwem – nie nadaje się dla idiotów. Otóż objawiła się grupa debili, którzy siedząc na kanapie w Pierdziszewie Dolnym nie pojmują, że można wyruszyć na wycieczkę dalej niż do Pierdziszewa Górnego, Pierdziszewa Kolonii czy nawet mitycznego Londynu. Dostrzegli natomiast okazję do zrobienia wybornego „pranka” (jak to się teraz mówi) i zaczęli oznaczać siebie i innych na fejsie jako obecnych w rejonie katastrofy i bezpiecznych.

No kurwa, paradne! Śmierć tysięcy osób i troska o najbliższych to jest właśnie wyborny temat do żartów! Co następne? Może wykorzystajcie fakt, że fejs pozwala na wpisywanie wydarzeń z przeszłości i oznaczcie się jako „bezpieczni” na gruzach WTC? Że nie utonęliście na „Titanicu”? Że uciekliście z Hiroszimy? No i koniecznie – zróbcie check-in w Auschwitz, ale oceńcie to tylko na jedną gwiazdkę, bo żarcie słabe i obsługa niemiła.

Ta sytuacja pozwoliła niektórym zobaczyć, że mają wśród swoich znajomych na fejsie kretynów. Zdarza się. Szkoda, że potrzeba aż takiej wielkiej tragedii, aby się o tym przekonać. Ale pewne symptomy skretynienia można namierzyć już wcześniej – i odpowiednio zadziałać. Tłumacząc lub zrywając znajomość.

W niedzielę miał miejsce maraton w Warszawie. Poza tradycyjnym „biegacze miasto blokujo”, równie wkurzającym zalewaniem fejsa życiówkami, dietami, planami i wybieganiami na tydzień wcześniej (tak, też to robiłem i mam świadomość, jak to może wkurzać) – można też było zobaczyć tu i ówdzie takich zabawnych ludzi. Którzy postanawiali sparodiować statusy biegaczy i wrzucali hasła o życiówce lub niesamowitym wysiłku związanym z leżeniem na kanapie, piciem wódki czy innymi wyszukanymi rozrywkami.

To ja może wyjaśnię. Zrozum – przebiegnięcie maratonu czy nawet dyszki to nie jest coś, co potrafi każdy. To wymaga przygotowań, wyrzeczeń. To są nerwy. To jest kawał życia wyjęty – na własną prośbę, jasne – pod treningi. To jest głód wsparcia. To jest potężny haj, gdy się uda. Pierdząc w kanapę i nie mając w swoim życiu niczego, co wymagałoby od Ciebie takiej pracy – nie jesteś w stanie tego pojąć.

Ale, jak widać, potrafisz wyśmiewać się z tego, co jest ważne dla innych. Umiesz przypisywać sobie ich zasługi – dla beki. To co następne? Po ratującej komuś życie operacji napisz „to moja robota”. Albo powiedz na fejsie, że masz ucięte ręce i nogi, ale własnie zdobywasz biegun. Albo że udało Ci się schudnąć o minus dwa kilo, żrąc czpisy. A, zapominałbym – napisz też, że codziennie pokonujesz raka. Bo to takie zabawne.

Ludzie mają w swoim życiu coś, na czym im zależy. I czemu się poświęcają. Dla jednych – to może być zrobienie maratonu. Dla innych – zrzucenie wagi. Niejedzenie mięsa. Walka z chorobą. Dbanie o środowisko. Cokolwiek. Dzięki fejsowi dość łatwo się domyślić, co to jest. Można też przyjąć pewne bezpieczne założenia – że na przykład jest to troska o najbliższych w Nepalu.

Dlatego gdy następnym razem zechcesz się z tego ponabijać, zastanów się przez chwilę. Bo widzisz – bycie na drugim końcu świata, gdy gdzieś przydarzy się jakaś tragedia – to nie jest jej przeżycie. Dupa przyklejona do kanapy, fotela, hamaka czy szezlągu – to nie jest maraton. Stek to nie jest danie wegetariańskie, burger z maka nie jest bezglutenowy. A Ty – wcale nie jesteś taką fajną osobą.

Foto: orangemsCC BY-NC 2.0

  • nieobiektywniej

    Wśród moich znajomych tez pojawiło sie kilka takich oznaczeń o Nepalu i nie bardzo rozumiałam, o co chodzi. Dość głupawy sposób zwrócenia na siebie uwagi. Dobrze to spuentowałeś, check-in w Auschwitz mnie rozwalił dokumentnie. Ciekawe, jakby to za komuny wyglądało ‚Stan wojenny, status: internowany’ 😉

    Co do maratonów, mnie trochę męczą te wszędobylskie wstawki z endomondo. Może dlatego że sama nie biegam, bo nie mogę. Ale popieram zapał i wytrwałość 🙂

    • Po prostu niektórzy się zapomnieli i myślą, że ze wszystkiego wypada żartować. Otóż nie ze wszystkiego. Na szczęście.

  • Rzadko zdarza mi się wygłaszać komplementy tak bardzo wprost i w pośpiechu, ale masz cholerną lekkość pisania. Aż się gęba szczerzy i rumieńce na policzkach występują. Będę czytać z chęcią kolejne wpisy!
    Co do fejsbuka – obnażanie swojej głupoty bardzo częste.

    • Takie komentarze czytam zawsze z uśmiechem, dzięki 🙂 I koniecznie przeczytaj nie tylko kolejne, ale też poprzednie wpisy!

  • Lobotomiczne poczucie humory na social media przeraża!
    tak czasami gangrenicznie, niesmacznie…..taki mało intelektualny syfek się robi!

  • Nie biegam maratonów. I szczerze powidziam ludzi, którzy to robia. Ale ten kij ma dwa końce – tak jak ja nie dokumentuję z reporterska rzetelnościa każdej swojej wycieczki do lodówki po browara, ani swoich najnowszych osiagnięć w dziedzinie żonglowania ryżem, tak samo nie potrzebuję codziennie widzieć, że Karol dziś przebiegł X kilometrów i kolejne Y kilometrów przejechał na rowerze. Jeśli Karol biega dla siebie, to po co cały świat musi o tym ciągle wiedzieć?

    • Gdy przygotowywałem się do maratonu, wrzucałem na fejsa z endo każdy mój trening. Dlaczego? Jako niesamowite narzędzie motywacyjne. Wszyscy widzieli, że biegam. I trzymali za mnie kciuki. A jak komuś nie pasowało, to zawsze mógł posty z endo zablokować 🙂

      Inna sprawa, że chyba wtedy nie było tylu biegaczy na fejsie co dziś.