Wszystko, czego dowiesz się o Centrum Nauki Kopernik podczas całodniowej randki

Kolejny szalona jednodniowa randka – tym razem krajowa. W sobotę polecieliśmy do Warszawy, aby wreszcie zobaczyć, co jest takiego fajnego w Centrum Nauki Kopernik.

Ponieważ od czasu Sztokholmu bardzo chcieliśmy wyruszyć na nową randkę lotniczą (nazwałbym jakoś to pragnienie… może syndrom sztokholmski?), gdy tylko pojawiła się okazja zawitania do stolicy, nie wahaliśmy się ani chwili. Jeśli ktoś z Was śledzi mnie na Facebooku lub Instagramie, to miał już okazję poznać relację z wybranych punktów wycieczki – a teraz pora na pełną wersję.

Do Centrum Nauki Kopernik wybieraliśmy się z założeniem, że spędzimy tam cały dzień. Już w kilka minut od wejścia dotarło do nas, jak mylne było to założenie. Mnogość atrakcji sprawiła, że po kilku godzinach zabawy niczym dziecko z ADHD (tu dotknę, tam pokręcę) uświadomiłem sobie, że nawet nie zwiedziłem w całości parteru, a na piętro nawet nie wszedłem.

Bo też w Koperniku jest wszystko. Rozpalanie ognia? Jest. Ogniste tornado? Jest. Czerpanie wody ze studni? Jest. Laserowa harfa? Jest. Zwłoki ogrodnika? Maszyna układająca poezję? Gigantyczne bańki mydlane? Jest, jest, jest!

To też jest.

To też jest.

Człowiek biega od stanowiska do stanowiska, chcąc spróbować wszystkiego. I właśnie wtedy, po czterech czy pięciu godzinach, atakują dwaj podstępni wrogowie. Pierwszy z nich to głód (wspierany przez pragnienie – nie wiem, dlaczego nie można między ekspozycjami ustawić kilku dystrybutorów z wodą z wodociągów). Wychodzisz więc do bistro, zjeść obiad, a gdy wracasz, to nie cały ten pęd ku zabawie gdzieś się ulotnił. Próbujesz wkręcić się z nią ponownie, ale wtedy atakuje drugi wróg.

Przesyt.

W Koperniku atrakcji jest tyle, że w pewnym momencie czujesz się jak mała dziewczynka, której ktoś dał domek dla lalek. Czteropoziomowy. Z basenem. I stajnią pełną kucyków. Z tęczą. Po której biegają jednorożce. Z księżniczkami. Trzymającymi lody. Dziesięciogałkowe. W kolorach tęczy. Z posypką. W kształcie jednorożców…

Jeśli więc nie jesteś małą dziewczynką, masz po prostu dość. Kręcenie korbkami i wciskanie przycisków przestaje bawić. Nawet obserwowanie wahadła Foucalta nie sprawia frajdy.

Mnie dodatkowo zasmucił wynik pewnej kalkulacji, poczynionej przez jeden z eksponatów. Staram się oszczędzać energię, poruszam się komunikacją miejską, a mimo to dowiedziałem się, że gdyby wszyscy żyli tak, jak ja, potrzebowalibyśmy 2,5 Ziemi, aby zaspokoić potrzeby wszystkich. Może miało to mnie sprowokować do przemyślenia swojego zachowania, ale odebrałem to jak oskarżenie – ty bucu, zabijasz planetę! Przyznacie, że po czymś takim ciężko bawić się bańkami mydlanymi.

Ale generalnie przesyt był powodem, że postanowiliśmy skorzystać z pięknej pogody i opuściliśmy mury Centrum Nauki Kopernik. I chyba na tym zasadza się spryt tego miejsca. Nie ma szans, aby nacieszyć się nim w pełni w ciągu jednej wizyty. Nawet, gdyby miała trwać od rana do wieczora. Co oznacza, że jeszcze kiedyś będziemy musieli wrócić do Kopernika.

I uczynimy to z prawdziwą przyjemnością.

Ale – skoro już człowiek pojechał do stolicy, to nie ma sensu skupiać się na jednym budynku, nawet, jeśli jest tak fajny. Dlatego zanim udaliśmy się do Kopernika, pojechaliśmy nową linią metra (to nie mit, ono działa!) na prawy brzeg Wisły. Pierwotny plan był taki, aby zobaczyć z bliska stadion, ale nasze plany mają to do siebie, że się zmieniają. Okazało się, że wyjście z metra jest niedaleko pawilonów, które przykuły naszą uwagę, gdy jechaliśmy pociągiem.

Co tak bardzo zwróciło naszą uwagę? Kolory.

Ale warszawska Praga to nie tylko ciekawe malunki na murach. To także spotkanie z autochtonami, którzy przed południem sączyli w słoneczku najprawdopodobniej oranżadę i fakt ten ich niesamowicie ekscytował. A także mały sklep z nakryciami głowy. Do którego weszliśmy, bo od jakiegoś czasu rozważam nabycie kapelusza. I był tam jeden – cudowny, z sierści królików czy czegoś podobnego, elegancko czarny… tylko nie w moim rozmiarze.

Więc w ramach pocieszenia kupiłem sobie kaszkiet. No bo co innego można kupić na Pradze? To prawie jak strój ludowy…

Natomiast pomiędzy wyjściem z Kopernika a podróżą do Modlina postanowiliśmy coś zjeść. Ruszyliśmy więc w długą podróż w poszukiwaniu jakiegoś fajnego lokalu, ale zanim do niego dotarliśmy, zaobserwowaliśmy dwie rzeczy, których poza Warszawą raczej się nie uświadczy. Po pierwsze – widzieliśmy ludzi wyprowadzających na spacer kapibarę. Odżyła tęsknota za świnkami morskimi… Po drugie – na Marszałkowskiej widzieliśmy to:

20150411_180922

Za czym kolejka ta stoi, zapytacie zapewne. Rzucili rajstopy? Ajfony bez folii? A może to nowy, jeszcze bardziej starbaksowy Starbucks?

Otóż to jest Manekin. Sieciówka z naleśnikami. Normalnymi naleśnikami. Bez specjalnego klimatu. W Gdańsku Manekin stoi koło uniwersytetu, aby darmozjady studenci mieli gdzie na randki chodzić. Więc o ile na Marszałkowskiej nie posypują naleśników kokainą, to nie widzę powodu, aby się tak zachowywać.

Warszawo, weź się ogarnij! Nie stój w kolejce do Manekina!

Aha, a jeśli chodzi o jedzenie, to Kwadrat Bistro Art jest bardzo fajnym miejscem. Smacznie, klimatycznie, z miłą obsługą. Polecam.

Podsumowując – do Kopernika idziemy więcej niż jeden raz, kapelusze i kaszkiety kupujemy tylko na Pradze (i tylko w małym sklepie niedaleko rysunku Jezusa), a obiad na Marszałkowskiej koło Teatru Kwadrat, a nie w Manekinie. Mając te wytyczne, możecie ruszać na zwiedzanie Warszawy.

  • Olo

    Nie ma zdjęcia Cichego w kaszkiecie. 1/10.

    Co do samego centrum, od dłuższego czasu chcę się tam wybrać. Ostatnio mam nawet bliżej. Ale OK, przekonałeś mnie, nie idę. Za to chętnie zobaczę te kolejki 😉

    • Przecież do kaszkietu trzeba się odpowiednio ubrać. Cierpliwości, wszystko będzie w swoim czasie…

      Podobno kolejki do Manekina są wszędzie. Tkwię w szoku.