Kuźniar ma rację

Pojechać do Stanów, nie martwiąc się o nadbagaż. Kupić (uczciwie, za pieniądze!) potrzebne rzeczy w sklepie, a po jakimś czasie – oddać je. Używane, ale w dobrym stanie. Oszczędność czasu, pieniędzy i kłopotów. Każdy by coś takiego zrobił.

Nie każdy?

No dobrze, może nie każdy. Ale sporo osób. No bo przecież – czy p. Kuźniar coś ukradł? Nie. Czy złamał prawo? To pytanie do znawcy amerykańskiego prawa konsumenckiego, ale pewnie też nie. Czy kogoś skrzywdził? Nawet jeśli, to w sposób mocno nieznaczny. Czy to, co zrobił, było etyczne?

A – to już pytanie, które każdy powinien zadać sobie sam. Z którym warto byłoby zwrócić się do kilku etyków. No i do samego Jarosława Kuźniara.


Tak, moim zdaniem, powinien wyglądać szkic notki prasowej, informującej o sposobie Jarosława Kuźniara na podróżowanie. No, może odpuściłbym ten wstęp, sugerujący, że każdy by tak zrobił – chociaż kliki muszą się zgadzać, jakiś haczyk musi być. Ale reszta – właśnie tak. Opis sytuacji, kilka wypowiedzi ekspertów – no i oczywiście samego bohatera. Jeśli odmówiłby komentarza, to też warto to zaznaczyć.

Tymczasem naTemat przywalił z grubej rury. Zaczął od popularnego (i cholernie protekcjonalnego) porównania do „Polaków cebulaków” (autor tego stwierdzenia musi być strasznie fajny – strasznie). Potem gładko przeszedł do automatycznej oceny postępowania p. Kuźniara, zarzucając mu brak uczciwości i przyzwoitości.

I nawet, jeśli autor artykułu ma rację – to samym tytułem automatycznie uruchomił falę bezsensownego hejtu.

Tak, bezsensownego. Bo w tym wpisie wcale nie chodzi o to, co p. Kuźniar zrobił i jak to oceniam (a oceniam bardzo negatywnie). Chodzi o reakcję tłumu. Wszyscy moralni, etyczni i uczciwi do szpiku kości – postanowili publicznie zniszczyć Kuźniara. Znany i ceniony publicysta (kojarzony raczej politycznie w opozycji do red. Kuźniara) pozwolił sobie na wytknięcie pochodzenia bohaterowi tej historii, oraz na przytyki do chamstwa (w opozycji do własnej, jak mniemam, szlacheckości – zapominając, że rodowód ma dziś znaczenie najwyżej u psa). Internety też ruszyły i na Twitterze zaczęły obśmiewać p. Kuźniara. W mocno kreatywny, choć niewybredny sposób.

Jak zareagował sprawca całego zamieszania? Oczywiście – odciął się od fali hejtu, nazwał swoich oponentów „analfabetami”, ich wypowiedzi „bulgotem”, po czym stwierdził, że ten jad po nim spływa.

I wiecie co? Ma chłop rację. To jest bulgot.

To nie jest próba nawiązania dialogu. To nie jest delikatne zwrócenie uwagi. To nie jest nawet krytyczna ocena. To jest chamskie jechanie po człowieku, który zachował się nieetycznie – ale w zaistniałej sytuacji będzie tego bronił. Żeby nie ulegać tym, którzy dla własnego zadowolenia urządzają lincz. Taki charakter, co zrobić. Po drugiej stronie ma godnych przeciwników, którzy o etyce (że o kulturze nie wspomnę) zdają się nie mieć żadnego pojęcia.

Ludziom zdarza się popełnić głupotę. Czasem zdarza się im też w tej głupocie trwać – pomimo uwag życzliwych osób. Można wtedy zwrócić im uwagę, a jeśli nie zauważają swojego błędu – lub czynią z niego cnotę – można się od nich po prostu odciąć. Ale obrzucanie ich gównem – to nawet nie jest równanie w dół. To jest robienie podkopu do ataku. Nie tak działa infamia.

Drogie naTemat! Jesteście moim ulubionym portalem o problemach pierwszego świata. Idę o zakład, że prędzej czy później (choć zapewne prędzej) jakiś polityk, celebryta czy artysta zrobi coś wstydliwego. Wam zaś przypadnie obowiązek poinformowania o tym opinii publicznej. Mam w związku z tym do Was tylko jedną prośbę.

Nie spieprzcie tego.

Foto: Mike Mozart / CC BY 2.0

Jeśli podobał Ci się ten tekst, polub mnie na Facebooku!