Dobre gry: Hotline Miami

Dzwonek telefonu przedarł się bez problemu przez hałas telewizora. Głos po drugiej stronie mógł należeć do każdego – młodego, starego, kobiety, mężczyzny… Ta osoba przekazała mi tylko jedną, krótką informację.

Po chwili wyszedłem z domu.

A wszystko zaczęło się kilka tygodni wcześniej. W zaułku zdybał mnie jakiś typ i powiedział tylko, że nauczy mnie zabijać.

hm7 (2)

Faktycznie, nauczył.

Od tego czasu wystarczy, że ktoś do mnie zadzwoni i powie o swoim problemie. W takim mieście jak Miami problemów jest masa. A ja je zawsze umiem rozwiązać. Czasem pięściami, czasem nożem. Ostatnio coraz częściej za pomocą strzelby lub karabinka maszynowego.

Rozwiązanie każdego problemu sprowadza się z grubsza do tego samego. Wejść, rozwalić wszystkich, wyjść. Czasem jest odmiana – wejść i wyjść z kimś, kto tkwi w środku. A po drodze rozwalić wszystkich innych. Nie bawię się w wojownika ninja, nie muszę być cicho. Wręcz przeciwnie.

Każdy dzień wygląda podobnie. Telefon – zlecenie. Przyjeżdżam samochodem na miejsce. Stoję chwilkę pod drzwiami i nasłuchuję. To taki mój krótki rekonesans. W ten sposób dowiaduję się, ile osób czeka na mnie za drzwiami, którędy się przemieszczają i gdzie jest mój cel.

hm4 (2)

Dopiero wtedy pukam do drzwi. Albo wyważam je z rozpędu. Albo wyrywam z zawiasów jednym strzałem z shotguna.

Jeśli ktoś za nimi stoi – ma pecha. Największego twardziela cios klamką w brzuch i rantem w czoło potrafi powalić na ziemię. Jeśli wchodzę do domu z marszu, bez zabawek – mogę wtedy na spokojnie rozwalić jego głowę o posadzkę. I już coś mam: nóż, kij, pistolet. Z takim wyposażeniem ruszam przed siebie.

Za mną zostają tylko dziury po kulach. W ścianach. W meblach. Ale przede wszystkim – w ludziach. Niektórzy próbują strzelać do mnie. Gonić mnie. Szukać w zakamarkach domu. Ale zawsze jestem szybszy. Zawsze czekam na nich z wycelowaną spluwą, gdy wpadają bezładnie do pokoju. Zawsze zasypuję ich gradem kul. Nikomu nie odpuszczam.

Nikomu.

hm3 (2)

A potem – wiadomo. Spokojnie wychodzę z lokalu. Wsiadam do auta. Wracam do domu. I czekam na następny dzień. Policja? Nie ma jej. To lata 80., policjanci w Miami latają w marynarkach z podwiniętymi rękawami za telewizyjnymi bandziorami. A tacy drobni usługodawcy jak ja zupełnie ich nie interesują.

Wieczorem można się zrelaksować przy filmie na wideo. Zresztą – i tak pewnie usnę oglądając go. A rankiem obudzi nie telefon. Po drugiej stronie ktoś znowu będzie miał problem…

„Hotline Miami” to bardzo szybka i brutalna gra. Akcję oglądamy z góry. niczym w opisywanym niedawno GTA. A krew leje się równie często. Ale na tym podobieństwa się kończą. Tu nie ma wielkiego miasta. Nie ma zleceń od poszczególnych mafii. Jest zawsze telefon i zadanie. 

Proste? Może. Prymitywne? Zapewne. Odprężające? Zdecydowanie. Jeśli zabijanie jednego złego kolesia to dla Ciebie za mało, rozwal ich cały tłum. Włącz „Hotline Miami” i baw się dobrze w klimacie rodem z kaset wideo w latach osiemdziesiątych (ten szum obrazu to nie jest wina mojego komputera). Tak, jak ja.

Wkrótce wychodzi część druga. Więc może warto poznać początek?

Jeśli podobał Ci się ten tekst, polub mnie na Facebooku!