Z życia wzięte: hipermarket

Mówiłem już kiedyś, że zakupy w hipermarkecie mnie denerwują? Nie? No to mówię.

Na początek kilka faktów:
– „hipermarket” to dosłownie „siódmy krąg piekieł wypełniony cierpieniem” (z łac. hip – siódmy, erm – piekło, ar – pełno, ket – cierpienie),
– hipermarkety wymyślili naziści,
– każdy sprawca strzelaniny w USA był wcześniej w hipermarkecie,
– 90% zakupów w hipermarkecie kończy się rozwodem lub serią bolesnych zastrzyków w brzuch,
– zdanie „lubię zakupy w hipermarkecie” jest w rzeczywistości tajnym hasłem miłośników „50 twarzy Greja” i negujących Holokaust.

No, to chyba możecie się domyślić, jaką miłością darzę te „świątynie zakupów”. Towary ułożone bez logiki na półkach (tak, wiem – logika jest taka, abym idąc po chleb kupił śruby, ale za stary na to jestem, nie kupię, o ile nie są w promocji), tłok, hałas i zupełny brak obsługi, która mogłaby jakoś pomóc i powiedzieć, gdzie co jest poukładane. Zresztą – żeby jeszcze było poukładane… A gdzie tam!

Podpisy swoje, półki swoje. Kakao zamiast w alejce „śniadanie i dodatki piekarnicze” było w „herbatach i kawach”. Herbatniki – na słonych przekąskach. Cukier waniliowy na konserwach i daniach gotowych. Suszonych warzyw nie znalazłem ani na warzywach, ani na przyprawach, ani w dziale „eko” – nigdzie nie znalazłem (choć uczciwie przyznaję, że nie zajrzałem na dział „obuwie męskie”). W pewnym momencie złapałem się na tym, że moja strategia zakupowa przerodziła się w przechodzenie czterokrotnie każdą alejką i baczne rozglądanie się. No nie rozumiem, może to taka konwencja.

Do tego tłumy ludzi, którzy poruszają się losowo jak kulki w maszynie lotto. Masa dziewczyn „z promocji” (w sensie – promujących produkty, a nie że po obniżonych cenach), które koniecznie muszą mi wcisnąć jogurt, kawę albo grillowaną parówkę, bo bez tego moje życie będzie uboższe. Tak, grillowaną parówkę. Nie, nie wymyśliłem tego. Nie, nie wiem, jak smakuje. Pewnie jak parówka.

Wisienką na tym torcie (albo muchą na tym… eee, nieważne, zostańmy przy wisience) było pianino. Stojące koło nabiału jako element promocyjny. Geniuszowi marketingu, który zakrzyknął „a może pomalujemy jakieś małe, nienastrojone pianino w krowie łaty i wstawimy do sklepu” powinno się coś wstrzyknąć, powiedzieć, że została mu minuta życia, a antidotum jest w alejce z pieczywem, na półce koło odplamiaczy. A gdyby jakimś cudem zdążyłby po to antidotum, to powiedzieć mu, że antidotum to placebo, a wstrzyknięto mu ebolę.

Ale dygresuję – otóż do pianina dorwał się jakiś „przeuroczy brzdąc” czy inny gówniarz (nie wiem, nie podchodziłem) i oczywiście co? Oczywiście rzępolił, a pojedyncze nuty znakomicie zlewały się w wkurzającą muzyką płynącą z głośników, okrzykami matek uciszających niesforne maluchy i skrzypieniem moich trzech dobrych kółek w wózku sklepowym. No oczywiście, że trzech, bo zgodnie z normami unijnymi czwarte musi być zepsute, zblokowane i przez nie wózek musi skręcać, obracać się i ciężko ruszać, aby człowiek podczas próby pchania poślizgał się jeszcze na tych cholernych kafelkach.

A żeby było jeszcze piękniej – dziś udałem się do Leclerca, który ma wszystko poukładane inaczej niż mój sklepik osiedlowy marki Real. Więc było już zupełnie tragicznie, stałem pośrodku tego piekła niczym Krystyna Janda z fakturą i nie wiedziałem, czy załamać się nerwowo, dzwonić po wsparcie czy może zacząć rzucać torbami z psią karmą w przypadkowych kierunkach. I wtedy…

Dotarło do mnie, że osoba rzępoląca na pianinie może nie być dzieckiem. A już z pewnością nie jest losowym dzieckiem. Bo ten ktoś grał to:

Tak. Pośrodku tego szaleństwa można było usłyszeć mocno pokaleczonego, ale jednak Bacha.

Zza półek wychynęły wesołe jarzeniówki, kolejki przy kasach magicznie się skróciły. I wtedy do mnie dotarło, że może jeszcze nie wszystko stracone.

PS: Ten wpis pierwotnie miał być tylko statusem na fejsie, ale się rozpisałem. Może to doby pomysł, aby od czasu do czasu wrzucić to coś takiego. Niemniej – najczęściej tego typu historie daję na prywatnego fejsa, gdzie może mnie oczywiście obserwować.

Foto: David BlackwellCC BY-ND 2.0

  • Ebola działa za wolno – chciałbym patrzeć jak umiera.

  • Pingback: Z życia wzięte: sekrety whisky | MrCichy()

  • nieobiektywniej

    udałem się do Leclerca, który ma wszystko poukładane inaczej niż mój sklepik osiedlowy marki Real. –
    tak jak bardzo lubię Twoje wpisy, tak tym razem westchnęłam „problemy pierwszego świata” 😉

    • Może i pierwszego, ale to mój świat. Organicznie nie znoszę zakupów w hipermarketach i wszystko, co mi je utrudnia, jest dla mnie sporym problemem.

      • nieobiektywniej

        Rozumiem. Mnie z kolei denerwuje, gdy w każdym większym sklepie towary są ustawione tak samo, czuję się jak świecie ksero, gdzie wszędzie jest tak samo. Po to idę do innego sklepu, żeby było inaczej.