Wpół do weekendu #36 – ostatnia granica

Dziś zabieram Was w podróż do gwiazd. I nie mam tu na myśli Kim Kardashian.

Po ostatnim odcinku, który był raczej słuchowy – dziś wracamy do czytania. Podlinkowanych tekstów może nie ma zbyt wiele, ale kilka chwil Wam zajmą. Jeśli więc planujecie zrobić sobie przerwę w pracy – to może wróćcie tu wieczorem?

Nie no – żartuję. Czytajcie teraz. Wystarczy, że ja pracuję. Wy nie musicie.

Kto chce polecieć w kosmos i zobaczyć inne planety? Ręka do góry! OK, dziękuję, możecie je opuścić – to teraz jeszcze szybko podnieście drugą rękę i powiedzcie Waszym zdziwionym współpracownikom, że to taka forma ćwiczeń przed komputerem.

Podróże międzygwiezdne rozpalają wyobraźnię ludzi od wielu lat. Marzymy o tym, piszemy książki na ten temat, a nawet produkujemy przeintelektualizowane filmy.

Poważna instytucja, jaką jest NASA, za pieniądze amerykańskich podatników (trochę bezsensownego populizmu zawsze na propsie) organizuje biuro podróży międzyplanetarnych – a właściwie do planet spoza naszego Układu Słonecznego. Które to biuro nie tylko pozwala zaplanować podróż czy nawet zaprojektować własną planetę, ale przede wszystkim ma obłędne plakaty w starym stylu.

Nic, tylko pakować walizkę i ruszać w drogę!

Ale! Nie tak szybko! Z pewnych przyczyn jesteśmy nadal uwiązani tu, na naszym dryfującym przez przestrzeń kawałku mokrej skały. Owszem, ogranicza nas technika, ale być może największą przeszkodą w dalekich podróżach jesteśmy… my sami.

A konkretnie – nasze marne ziemskie powłoki. Nie da się ukryć, że wyewoluowaliśmy / zostaliśmy inteligentnie stworzeni tu, na trzeciej planecie od Słońca. I nasze organizmy nie do końca ogarniają wszystkie cudowności związane z podróżami w przestrzeni międzygwiezdnej, takie jak:

Generalnie – jest masa zaleceń zdrowotnych, które wiążą się z podróżami kosmicznymi. A i tak pobyt tam w górze nie pozostaje bez wpływu na ludzkie zdrowie. Także to psychiczne – i to w sposób, jakiego nie jesteśmy w stanie symulować tu, na dole. Owszem, są pomysły na to, jak temu zaradzić, ale kto wie, czy podziałają?

Ale nawet pomijając kwestie psychiki (która może po powrocie uczynić z nas morderców – choć to akurat może być bez związku z kosmosem), zawsze pozostają klasyczne problemy z zatkanym nosem, problemami z krążeniem i rozciąganiem kręgosłupa.

No i są jeszcze kamienie nerkowe.

A, zapomniałbym – żeby nie było za wesoło – seks z uroczym astronautą lub astronautką raczej nie jest rozwiązaniem. Po pierwsze: krew w stanie nieważkości raczej nie będzie chciała płynąć tam, gdzie płynie normalnie w chwili podniecenia, więc nie należy spodziewać się fajerwerków. Po drugie: trzeba cholernie uważać, aby nie było z tego dzieci. Szanse na prawidłowy rozwój są generalnie słabsze.

Jest jeszcze jedna bariera. Formalna. To Biuro Ochrony Planet, działające przy NASA. Mające za zadanie nie tylko ochronę nas przed „szumowinami z kosmosu”, ale też dbające, abyśmy w naszych podróżach (póki co – bezzałogowych) nie zawlekli czegoś na inne planety. Myślicie, że instytucja o tak świetnej nazwie zatrudnia armię tajnych agentów? Nic bardziej mylnego. To jedna osoba.

Czyli nie jest tak łatwo polecieć na inne planety. Co nie zmienia faktu, że warto mieć pod ręką spakowany tobołek…

PS: Jeśli komuś mało kosmicznych tematów – zawsze można rzucić okiem na to, co Piotr robi w Astrofazie. Polecam!