Zabić terrorystę, jak to łatwo powiedzieć…

Wyobraź sobie sytuację – ulicą biegnie zamaskowany człowiek z kałasznikowem. Ty obserwujesz sytuację z okna swojego mieszkania. Masz przy sobie broń palną. 

Szybkie pytanie – co robisz?

Na początek ostrzeżenie – to nie jest dyskusja o tragedii, jaka wydarzyła się w środę we Francji. Swoje zdanie na ten temat wyraziłem na profilu na Facebooku i ci z Was, którzy mnie tam obserwują (do czego zachęcam) mogli się do niej włączyć. Tutaj porozmawiamy o czymś zupełnie innym. I nie będzie to (wbrew pozorom) powszechny dostęp do broni.

Być może widzieliście takie obrazki na fejsie – widoczny powyżej kadr ze wstrząsającego filmu, pokazującego zamachowca strzelającego do rannego policjanta, na to nałożona lufa karabinu, niczym w grze komputerowej i podpis „Gdyby był łatwy dostęp do broni…” albo „W USA byłoby po sprawie”.

Tylko że to nie jest takie sobie gdybanie. Taki kraj jak USA istnieje. Jest w nim dość liberalna polityka dostępu do broni. Nie chce mi się teraz rozwodzić nad różnicami w tym dostępie w poszczególnych stanach – ponieważ do zdania, które jest przyczynkiem tego wpisu zastosowano uproszczenie, ja też sobie na nie pozwolę.

I jeszcze jedno – strzelaniny w USA to nie jest coś nierealnego. Niestety – wręcz przeciwnie. Od 2006 w USA miało miejsce 200 strzelanin. Takie są szacunki, wynikające z niedokładnych danych policji i FBI. Można więc założyć, że okazji do odegrania roli Johna McClane’a nie brakuje. Dodatkowo – w USA mają bardzo dużo broni. Tak dużo, że sami nie wiedzą, ale szacują, że między 262 a 310 milionów sztuk. Zakłada się, że liczba sztuk broni uległa podwojeniu od 1968 roku, a z pewnością wzrosła od 1994, kiedy to liczbę tę szacowano na 192 miliony. W USA żyje około 316 milionów osób, wiec wypada prawie po jednej sztuce broni na łebka (wliczając niemowlęta).

Wydaje się, że w takiej sytuacji faktycznie – strzelaniny powinny kończyć się szybko, strzałem jakiegoś świadka między oczy napastnika.

OK, to może rzućmy okiem na statystki. Niezawodna telewizja CNN przygotowała zestawienie 25 największych strzelanin w historii USA. Jeśli takie zestawienie wydaje się Wam niewystarczające – możecie jeszcze rzucić okiem na listę największych zbrodniarzy w szale (nie wiem, jak zręcznie przetłumaczyć rampage killers) w Amerykach (można posegregować tabelę po kraju).  Jeśli to Wam za mało – jest jeszcze lista zabójców w szkołach. I w miejscach pracy. Dla lubiących statystyki – dorzucam listę zabójstw rodzinnych w USA. Oraz listę zabójstw w wyniku wtargnięć do domu. No i – pasującą do tematu – listę morderstw z przyczyn religijnych, politycznych lub rasowych.

Zachęcam Was do przejrzenia tych zestawień i odpowiedzenia na pytanie – w ilu z tych przypadków to postronny obserwator zastrzelił napastnika? Podpowiem – jest to liczba większa od zera.

Oszczędzę Wam czasu. W jednym*.

W 1982 roku 51-letni nauczyciel historii, Carl Robert Brown, zabił 8 osób. Został zabity przez świadka (lub dwóch świadków). Strzałem w plecy. Podczas ucieczki. Czyli gdy już dokonał swojej zbrodni.

Według przytaczanego już przeze mnie świetnego wizualnie zestawienia USA Today – jedna trzecia sprawców strzelanin w USA nie przeżywa swojego czynu. Około jednej czwartej z tej liczby popełnia samobójstwo. Reszta jest zabijana przez policję.

Czyli to nie jest tak, że powszechny dostęp do broni oznacza automatycznie czyn obywatelski polegający na zastrzeleniu napastnika. Zastanówmy się – dlaczego tak się dzieje?

Można to wyjaśnić prosto – brak wyszkolenia. Rozumianego dwojako.

Po pierwsze – nie wiem, jak często macie okazję postrzelać z broni palnej, ale to nie jest wcale takie proste. Nie jestem może znawcą, ale kilka razy pistolet trzymałem i trafienie w nieruchomy cel z odległości kilkunastu metrów nie jest wcale łatwe. O wiele trudniej jest trafić w cel ruchomy, z kilkudziesięciu metrów.

W sytuacji jak na zdjęciu powyżej – filmujący miałby około kilkanaście, może dwadzieścia sekund, aby uratować policjanta (tyle czasu mija od zranienia policjanta do zabicia go). W tym czasie napastnicy byli w ciągłym ruchu. Jedyna chwila, gdy zwolnili – to aby dobić rannego. Wtedy byłoby już za późno na oddanie strzału (chyba, że funkcjonujemy w realiach filmu sensacyjnego).

Poza tym – mówimy o dwóch osobach uzbrojonych w kałasznikowy. Patrząc na ich strój i sposób poruszania się – prawdopodobnie są wyszkoleni (na dodatek trafili policjanta, więc potrafią strzelać z dystansu) i mają zapasowe magazynki. Aby nie ściągnąć na siebie ostrzału (szybkostrzelność praktyczna AK to 40 – 100 strzałów na minutę) należałoby zlikwidować napastników tylko dwoma strzałami, w odstępie sekundy, może dwóch.

Ale jest jeszcze drugie znaczenie wyszkolenia. To umiejętność zabicia drugiego człowieka. Wychowani na filmach i grach komputerowych myślimy, że to proste. Jest taka scena w filmie „Prowokator” (o ile mnie pamięć nie myli), gdzie zamachowiec, chcąc uświadomić zwykłemu człowiekowi jak trudne jest zabijanie, każe mu zastrzelić białego królika. Ten nie może. Nawet Staś Tarkowski miał wyrzuty sumienia po zabiciu beduinów – i dopiero ojciec wyjaśnił mu, że przecież to nic takiego…

Tak samo byłoby z uzbrojonym świadkiem strzelaniny. Zabicie człowieka – w stresie, przez nieprzeszkoloną osobę, byłoby prawie niemożliwe. Po to żołnierze zawodowi z jednostek specjalnych są poddawani długiemu treningowi, aby nie mieli takich wątpliwości. Bo zwykli żołnierze też się wahają. Podczas amerykańskiej wojny secesyjnej, kiedy ładowano karabiny od przodu, po bitwach przy zabitych znajdowano karabiny z wieloma kulami w lufach. Oznacza to, że nawet w sytuacji bitwy, kiedy ładowano i strzelano na rozkaz, a z naprzeciwka nacierał przeciwnik – żołnierz nie potrafił strzelić do drugiego człowieka.

Czyli – osoby, które twierdzą, że przy powszechnym dostępie do broni zbrodnia w Paryżu miałaby inny przebieg, są cholernie dalekie od prawdy. Przypominam – nie chodzi mi tu ani o zamach w Paryżu, ani o prawo dostępu do broni palnej. Te sprawy są zbyt złożone. Namawiam Was natomiast, aby zawsze chwilkę się zastanowić czy poszukać wiadomości przed wygłoszeniem jakiejś teorii. Nawet, jeśli to jest tylko niewyraźny obrazek na fejsie.

* Z czystej wygody pomijam przypadki z pierwszej połowy XX wieku i wcześniejsze. Jako przyczyna śmierci jest tam często podawane po prostu „zastrzelenie”, a nawet gazety z tamtego okresu nie precyzują, czy strzelali policjanci, czy świadkowie. To były inne czasy. Ale jeśli komuś chce się dochodzić – droga wolna.

EDIT 17.11.2015: Podrzucam listę dwunastu przypadków nieco odmiennych od tego, co opisywałem powyżej (powstała po napisaniu powyższego tekstu). Nie wszystkie pasują jako kontrargument (czasem interweniował stróż prawa, czasem sprawcę powstrzymano przed popełnieniem zbrodni), poza tym – jak wspomniano w jednym z podlinkowanych artykułów – klasyfikacja strzelaniny jest dość trudna. Ale linkuję ze względu na rzetelność.

  • Olo

    Kolejny, mój ulubiony, argument zwolenników posiadania broni. Gdyby we Francji był powszechny dostęp do broni, terroryści mając świadomość, że każdy może mieć broń i może się bronić, nie dopuściliby się do tego czynu. W tym miejscu przywołuję prawo USA i statystyki z posta. Kurtyna.

    • Wiesz, nie chcę, aby ta dyskusja skręciła w stronę dostępu do broni – ale życzyłbym sobie, aby każdy choć chwilę pomyślał, zanim coś powie. Niestety, chwytliwe hasła wygrywają z argumentami, a refleks wygrywa z refleksją.