Podsumowanie roku 2014

Jak wszyscy, to wszyscy. Pora spojrzeć za siebie i – zgodnie z tradycją – napisać szczerze o minionych 12 miesiącach. Uprzedzam lojalnie – początek nie napawa optymizmem.

W 2014 roku… było wiele rzeczy na „nie”. Nie biegałem tak szybko, jak wcześniej. Nie ukończyłem biegu dłuższego niż 10 km. Nie poleciałem do Japonii ani na żadną inną długą wyprawę. Nie napisałem książki. Nie zdobyłem uprawnień zawodowych. Nie wróciłem do nauki języków obcych. Nie przeczytałem 52 książek.

Już chciałem napisać, że nie ukończyłem żadnej gry komputerowej, ale to byłaby nieprawda. Jedną ukończyłem.

Mówiąc krótko – to był rok „nie”. Wielkiego, tłustego i wrednego „nie”. Dlatego 2014 odbieram na pierwszy rzut oka jako rok wybitnie zły. Zacząłem go w miejscu i sytuacji, do której nie chciałbym wracać. I w miarę, jak trwał, nic nie wskazywało, że jest lepiej.

Ale jak wiadomo – pierwszy rzut oka niewiele daje. Ja lubię rzucać okiem po wielokroć. A wtedy okazuje się, że nie wszystko w tym roku było takie złe – bo było kilka rzeczy rewelacyjnych.

Po kolei – bieganie. Owszem, w 2014 nie było żadnego maratonu, a moje czasy pogorszyły się dramatycznie. Ale udało mi się (przy mocnym wsparciu żony) zaliczyć setny bieg w ramach parkrun. Gdy dostałem koszulkę za przebiegnięcie tej setki, zrobiło mi się bardzo miło. W porównaniu z osobami biegającymi regularnie – może przebiegnięte dystanse nie są powalające, ale są moje. I dają mi niesamowitą satysfakcję.

20141227_093202

Wyprawy – owszem, nie było Japonii. Ani niczego równie wielkiego. Ale za to były trzy mniejsze wyjazdy. I to jakie ciekawe! Oxford pokazał mi, że w Anglii jest bardzo fajnie. Sztokholm przekonał mnie, że kilkugodzinne wyprawy za morze to niezła frajda. A Norwegia – że miły i ułożony kraj niekoniecznie musi być fajny do mieszkania.

Nie napisałem książki, ale dużo pisałem tutaj (do tego jeszcze wrócę). I ponownie mój tekst pojawił się wydrukowany. Mam nadzieję, że to dopiero początek.

Uprawnień zawodowych nie zdobyłem, ale nie są mi one tak szaleńczo potrzebne. Za to zmieniłem pracę. I musicie wiedzieć, ze ta zmiana bardzo mnie cieszy. Nie wnikając w szczegóły moich nowych zadań – krótszy dojazd, ciekawsze wyzwania i zmienił mi się widok za oknem. Same okna też się zmieniły.

Nie przeczytałem 52 książek, ale to jest niemożliwe. I nie piszcie mi, że Wy łykacie po sto rocznie – jak mówię, że się nie da, to się nie da. Ale za to czytałem autentycznie sporo, wymieniłem „kundelka” na nowszy model, moja lista kupionych książek do przeczytania wydłużyła się do blisko dwustu (!) pozycji – jak ja to lubię. Do tego doszły gry: komputerowe (w tym jedna, która wciągnęła mnie ponad miarę) oraz te analogowe. W które grałem więcej, niż kiedykolwiek wcześniej – i to wszystko sprawiało mi w minionym roku wiele frajdy.

No i jest jeszcze blog.

Na początku roku były dwa blogi, ale „Gdańsk z dołu” z pozycji głównego bloga wrócił tam, gdzie zaczął – na boczny tor. A potem zamilkł. Nie zabijam go, bo pisać o Gdańsku chcę nadal, ale w nieco inny sposób. A i sama marka „Gzd” jest dla mnie zbyt cenna, aby ją zlikwidować. Mam na nią pomysł, ale o tym – kiedy indziej. Jak będzie czas.

A tutaj? 158 wpisów. Statystyki przebijające sufit (na moją skalę, ale jednak) – 2,5 razy więcej czytelników. Najlepsze wpisy? Patrząc po statystykach – chyba stałem się blogiem biegowym. Najpopularniejszy tekst to ten o minusach biegania – który bardzo dobrze mi się pisało, a Wam czytało. Wiele osób złapało dowcip, ale były i takie, które chyba nie do końca go chwyciły. Wiem też, patrząc po statystykach, że ten wpis musiał być u kogoś mocno lajkowany lub komentowany na fejsie, ale… nie wiem u kogo.

Inne teksty, które może nie były wysoko w statystykach, ale które sprawiły mi (i Wam) sporo frajdy to:

Co jeszcze? Zakończyłem po blisko roku opisywanie wyprawy życia. Rozpocząłem cykl #wpółdoweekendu, który od pół roku udaje mi się utrzymywać. Mam nadzieję, że co środę dostarczam Wam chwili wytchnienia od pracy. Ogólnie – blogowałem jak szalony.

I spotykałem się z blogerami. Czy to na See Bloggers, czy to na Likes Festival albo BFG, czy też wreszcie na genialnej Blogowigilii. Powtórzę to po raz setny – blogerzy to świetni ludzie i nie można się ich bać. Trzeba podchodzić, zagadywać, budować relacje.

Widzicie – to jednak nie był taki zły rok. A poza tym, patrząc obiektywnie – bycie w czarnej dupie daje niesamowite pole do poprawy. Głupio byłoby z tego nie skorzystać – tak w minionym, jak i nowym, 2015 roku. Dlatego z optymizmem patrzę w przyszłość.

20141231_130253

Ile ja się nakombinowałem, żeby to zdjęcie zrobić…

Plany? Żadnych. Jak zrobię jakiś maraton – to się o tym dowiecie. Jak napiszę książkę – to się tym pochwalę. Jak pojawi się tu wpis zrywający klepki z parkietu – przeczytacie go pierwsi. Więc po co uprzedzać fakty?

Obyśmy się tu spotkali za 12 miesięcy i mogli stwierdzić, że to był genialny czas!