Słowo na niedzielę: jelec

Dyskusje w sieci bywają czasem dość przewidywalne. Gdy tylko zobaczyłem zwiastun nowej części „Gwiezdnych wojen”, zastanawiałem się, ile osób będzie dyskutować o tym jednym kadrze.

To już ponad tydzień od momentu ukazania się tego zwiastuna, więc z pewnością gdzieś już to widzieliście.

Widzieliście to? Kij z Sokołem Millenium czy czarnym szturmowcem. Miecz świetlny z trzema ostrzami! Trzema!

Dyskusja, która rozgorzała w sieci, mogła być zadziwiająca tylko dla kogoś, kto dopiero wczoraj odkrył internety. Wokół krótkiego filmu zbudowano sieć domysłów i teorii. Czy taki miecz mógłby istnieć? Jak wyglądałaby walka za jego pomocą? Czy to jest coś kanonicznego, czy też może Disney się wygłupia? Czy władający nim bohater coś sobie rekompensuje? Jak szybko uciąłby sobie rękę, walcząc takim mieczem?

Ostatnia broń z trzema ostrzami, która robiła takie wrażenie, to sai Rafaela.

Dla jasności - zawsze byłem fanem Leonardo.

Dla jasności – zawsze byłem fanem Leonardo.

Jeśli myślicie, że przesadzam… Powstają całe artykuły, analizujące możliwość istnienia tej fikcyjnej broni w zgodzie z tzw. „rozszerzonym uniwersum”, czyli światem „Gwiezdnych wojen” opisanym w książkach, komiksach czy grach komputerowych, a nie tylko w sześciu dotychczasowych filmach.

Nie trzeba być znawcą broni, aby zauważyć, że te dwa małe ostrza przypominają swoim układem coś znanego każdemu średniowiecznemu rycerzowi. I co najmłodsze dzieci rysują zawsze, gdy chcą narysować miecz. Jelec, czyli gardę.

Jelec przy mieczu (czy nożu) ma dwa zadania. Po pierwsze – służy do parowania ciosów przeciwnika. Po drugie – zapobiega ześlizgiwaniu się dłoni z rękojeści na głownię (czyli ostrze). Czy nie wydaje się Wam, że dokładnie takie funkcje mają pełnić dwa małe promienie w zwiastunie nowych „Gwiezdnych wojen”? Tylko małe „ostrza” mogą zablokować atak pełnoprawnym mieczem świetlnym. A do tego wyprofilowana rękojeść uniemożliwia gapiowatemu szermierzowi ucięcie sobie palców na głównym ostrzu.

Bo jakoś ciężko jest mi sobie wyobrazić efektywną walkę za pomocą tych ostrzy. Chyba, że będzie to jakaś nowa, tajna i nieczysta szkoła walki (nie jestem ekspertem od „Gwiezdnych wojen”, ale każdy świat ma coś takiego). Powiem więcej – marzyłbym, aby cała nowa trylogia taka była „brudna”. Dlaczego?

Jej akcja dzieje się po szóstej części, a więc po śmierci Imperatora. To, co nam zasugerowano, to że wraz z momentem śmierci głównego czarnego charakteru automatycznie ustało całe zło w galaktyce. Rebelianci wygrali, wszędzie pojawiła się miłość, tęcze i jednorożce.

Be-zy-dura.

Gdyby jesienią 1939 albo wiosną 1940 roku ktoś odstrzelił Hitlera – myślicie, że wojna skończyłaby się niczym ucięta nożem (albo mieczem świetlnym)? III Rzesza czy Imperium to nie tylko jeden zły gość na szczycie. To cała masa fanatycznie oddanych podwładnych. To wielkie armie, żądne zwycięstw. Inaczej mówiąc – masa ludzi, mających zasoby i umiejętności do prowadzenia wojny przez długi czas po zabiciu finałowego bossa. A z czasem zapewne przechodzący do partyzantki, przeprowadzający zamachy terrorystyczne – tak, jak to ma miejsce choćby w Iraku, po zabiciu Saddama.

Jest jeszcze druga strona medalu – czyli stopniowe przejmowanie władzy przez rebeliantów. Czy rebelia miała odpowiednie kadry do obsadzenia wszystkich kluczowych stanowisk? Czy miała wystarczającą ilość wojska do utrzymania porządku? Czy była gotowa zapewnić taką samą lub lepszą jakość życia, jak pod panowaniem Imperium? I najważniejsze – jak wyglądało rozliczanie znienawidzonych dowódców Imperium? Czy zgotowano im galaktyczną Norymbergę? Stawiano przed plutonem egzekucyjnym bez wyroku? Zlustrowano i dopuszczono do życia publicznego?

Takie „Gwiezdne wojny” obejrzałbym z przyjemnością. Pokazujące niejednoznacznych moralnie bohaterów. Problemy z postimperialną partyzantką. Oraz polowanie na imperialnych zbrodniarzy wojennych. Po prostu miks filmów o drugiej wojnie i Iraku w klimatach odległej galaktyki.

Pozostaje tylko kwestia producenta. Który zarobi nie tylko na biletach kinowych. Znacznie więcej skosi ze sprzedaży licencji na zabawki (Lego, zapewne figurki w zestawach Happy Meal), gwiezdne monety tazo czy co tam będą sypać do paczek czipsów zamiast powietrza, ubrania, gry komputerowe… Disney ma możliwość zarobienia gigantycznej kasy (mówimy tu o poziomie Sknerusa McKwacza). Nie pozbawiłby się tego, wypuszczając do kin poważny film, na który nie będzie można pójść z dzieckiem (aby potem mogło jęczeć w Smyku o nową zabawkę).

Najmroczniejszym elementem nowych „Gwiezdnych wojen” będzie ten ponury typek w ciemnym lesie. Używający miecza świetlnego z najbardziej niesamowitym jelcem po tej stronie galaktyki.

Foto: 

Leonardo: Anna Fischer / CC BY-NC-ND 2.0