Wszystko, czego dowiesz się o Norwegii w ciągu weekendu

W ramach mojego spontanicznego projektu „Emigracja w weekend” tym razem udałem się do krainy fiordów i ropy naftowej. Oto wszystko, co powinniście wiedzieć, jeśli kiedykolwiek przyjdzie Wam do głowy ruszać w tamtą stronę.

Oczywiście darujmy sobie takie szczegóły jak to, kto rządzi w Norwegii (pewnie jakiś prezydent, jak w każdym cywilizowanym kraju) albo ilu mieszkańców liczy ten kraj (tłumy to nie są). Skupmy się na tym, co autentycznie ważne.

Zacznijmy od kasy.

Pamiętacie prześliczne, nowe banknoty, jakie wkrótce pojawią się w Norwegii? Zapewne nikt z Norwegów nie będzie w stanie docenić ich piękna. W Norwegii wszędzie można zapłacić kartą. Automat z biletami, kuter rybacki sprzedający świeżo złowione ryby, rolnik przywożący cebulę z pola, toaleta na dworcu. Wszędzie.

Nie zdziwiłbym się, gdyby tamtejsze kościoły zbierały na tacę za pomocą terminali. Czekam, kiedy coś takiego pojawiłoby się w Polsce… Ograniczanie gotówki w obrocie jest dobrym krokiem, bo skutkuje to zmniejszeniem szarej strefy. Która i tak jest minimalna, bo Norwegowie są uczciwi i etyczni do szpiku kości. I płacą karnie za wszystko, za co muszą.

Za cumowanie łodzi. W parkometrze (cumometrze?).

Na przykład za cumowanie łodzi. W parkometrze (cumometrze?).

Inną sprawą jest znany każdemu próbującemu zapanować nad wydatkami fakt, że płacąc kartą nie widzimy, jak z naszej kieszeni wychodzą pieniądze. A te w Norwegii uciekają bardzo szybko i to dość wartkim strumieniem. Dla porównania – w Japonii owoce były horrendalnie drogie, elektronika była tania, reszta była w miarę normalna. W Norwegii wszystko jest minimum dwa razy droższe, niż w Polsce.

Z drugiej strony – płace w Norwegii pozwalają swobodnie kupować to wszystko, co jest potrzebne do życia. Więc tubylcy z cenami problemów nie mają. To, co u nas jest postrzegane jako drogie – tam jest powszechne. Innych telefonów niż iPhone nie widziałem…

No właśnie – lokalsi. Pomijając konduktora w pociągu czy ekspedientkę w sklepie – kontaktu z nimi nie miałem. Więc nie powiem Wam, jacy to są ludzie. Wyglądają normalnie – dwie ręce, dwie nogi (w większości) – ale mówią w tym swoim śmiesznym, elfim języku i zachowują się inaczej, niż my. Na przykład nie spędzają niedzieli w centrach handlowych.

Wynika to z dwóch prostych powodów:

  • nie mają znanych nam molochowatych galerii handlowych (sklepy znajdują się na parterze domów, przy ulicach),
  • w niedzielę sklepy i tak są zamknięte (pomijając niektóre kawiarnie, 7-eleven i sklep polski).

Jeśli chcecie kiedyś nakręcić film, dziejący się w postapokaliptycznym mieście, wyjedźcie z kamerą do Norwegii w niedzielę.

W niedzielę na ulicy norweskiego miasteczka hula wiatr... brakuje tylko takich kulistych krzaków przewalających się po ulicy.

W niedzielę na ulicy norweskiego miasteczka hula wiatr… brakuje tylko takich kulistych krzaków przewalających się po ulicy.

Albo w dowolny dzień wieczorem. Po 18:00 miasta wymierają.  Sklepy się zamykają, niektóre restauracje też (dla jasności – w niedzielę większość restauracji też jest zamknięta). Ulice są puste. I ciemne. Czy można więc powiedzieć, że w takich miastach żyje się przyjaźnie?

Wprawdzie widziałem tylko jedno miasto norweskie, ale podobno wszystkie wyglądają tak samo. Oslo po prostu jest większe i częściej w nim świeci słońce. A więc jak wyglądają norweskie miasta i miasteczka?

Ładnie. Ulice są czyste, domy zadbane, reklamy zewnętrznej prawie nie ma.

To są dwie z czterech reklam, jakie widziałem na norweskiej ulicy. Malutkie i całkiem przyjemne. Na dodatek to była boczna uliczka.

To są dwie z czterech reklam, jakie widziałem na norweskiej ulicy. Malutkie i całkiem przyjemne. Na dodatek to była boczna uliczka.

Co zatem jest na norweskich ulicach? Sztuka. Różnie rozumiana, ale dzięki temu każdy Norweg jest oswojony z estetycznie urządzoną przestrzenią. I rozumie, że sztuka to nie musi być tylko Wenus z Milo.

Na norweskich ulicach są też samochody. Ale jakby inne, niż u nas. Sporo jest aut elektrycznych (ich właściciele korzystają z wielu ulg i zwolnień), ale każde auto jeździ powoli. W mieście prędkość ograniczona jest do 30 km/h (na autostradzie maksymalnie 90 km/h – i podobno nikt tego nie przekracza – a autostrad łącznie jest mniej niż 100 km). Dzięki temu samochody zawsze zahamują, gdy jest taka potrzeba. Przechodząc przez ulicę, pieszy nie musi się nawet rozglądać. Po prostu wchodzi na jezdnię.

I nikt nie parkuje na chodniku.

I nikt nie parkuje na chodniku.

Gdy zaś chodzi o architekturę – mam wrażenie, że dostępne są jedynie dwa style. Tradycyjny, drewniany domek i nowoczesny, szklany apartamentowiec. Wprawdzie widziałem parę kamienic niczym z gdańskiego Wrzeszcza albo jeden nowoczesny, przeszklony dom, ale oba te widoki zaskoczyły mnie tak, jakbym zobaczył tam nagle fruwającą na wolności papugę.

Nie ma szans, aby coś takiego wdrożyć u nas. Drewniane domki zostałyby momentalnie pokryte styropianem (w ramach dofinansowanej z UE termomodernizacji) – ale nikt by ich nie kupił, bo nie można przed nimi postawić krasnala. Natomiast mieszkania w szklanych domach nie sprzedałyby się, bo kto by to mył i ogrzewał…

Te nowoczesne osiedla mają jeszcze kilka cech, które z chęcią przeszczepiłbym do Polski. Po pierwsze – w budynku, w którym mieszkałem, była na parterze sala, dostępna dla każdego z mieszkańców po uprzedniej rezerwacji. Ze stołami, zastawą i ekspresem do kawy. Jeśli ktoś planuje zrobić większą imprezę – lub po prostu nie ma ochoty przyjmować gości w mieszkaniu – może zarezerwować taką salę. Po drugie – mieszkańcy mają też w bloku dostępne za darmo pomieszczenia ze sprzętem do ćwiczeń, bilardem czy stołem do ping-ponga. W podziemnym garażu zaś – wydzielone większe miejsce, z podłączoną myjką. Aby każdy mógł umyć swój samochód.

No i najważniejsze – te osiedla nie są grodzone. Szaleństwo, co nie?

Wiecie, co za to zamykają? Śmieci. W takich specjalnych kontenerach. Aby wyrzucić śmieci, trzeba np. skorzystać z chipa przy kluczach od domu.

A kontenery są schowane pod ziemią, więc nie ma smrodu.

Oczywiście – śmieci się segreguje. Norwegowie są bardzo ekologiczni (stąd choćby szał na samochody ekologiczne).

Śmieci segreguje się nawet w pociągu.

Śmieci segreguje się nawet w pociągu.

A właśnie – pociągi. Nie są może tak punktualne, jak japońskie (żadne nie są tak punktualne), ale za to opóźnienie jest komunikowane na peronie. W pociągach podmiejskich jeden wagon jest przeznaczony dla podróżnych z biletami jednorazowymi (i w nim jest konduktor), a pozostałe dla ludzi z biletami okresowymi (tam konduktora nie ma). Nikomu nie przychodzi do głowy, żeby jechać w niewłaściwym wagonie.

Jest nawet wyjaśnienie, dlaczego nie używać hamulca bezpieczeństwa podczas pożaru. Niestety – zamieszczono je tylko w języku elfów. Którego nijak nie można zrozumieć.

No, to teraz już wiecie wszystko, co musicie wiedzieć o Norwegii. Poza tym pada.

Nie zrozumcie mnie źle. To piękny kraj. Po prostu nie chciałbym tam mieszkać.

  • verónica

    a wiesz, że podobne warunki- czyli sala i inne atrakcje są w normalnych austriackich akademikach.
    ba, na „stanie” mojego wiedeńskiego akademika- była pralnia z suszarnią, rowerowania, sala sportowa ze ścianką do wspinaczki.
    dodatkowo były własnie akie duże sale- choć to może miało zastosowanie trochę jak świetlica- bo stało tam kilka instrumentów- i jak muzyczni potrzebowali coś poćwiczyć razem- to najczęściej tam. oraz jak ktoś z budownictwa miał np. do zrobienia jakąś większą makietę- to też po prostu zajmował tam kawałek przestrzeni- i spokojnie mógł pracę zostawić w trakcie robienia i powrócić do niej za jakiś czas- nikt tego nie ruszył mu nawet palcem.

    • No proszę, ciekawe.
      Z drugiej strony – takich wspólnych przestrzeni spodziewałbym się właśnie raczej po akademikach, niż po zwykłych budynkach mieszkalnych. Sprzedawanych przez dewelopera za grubą kasę.

      • verónica

        ale dlaczego tylko w akademiku?

        rowerownia to bardzo przydatna rzecz- w poprzednim bloku mieliśmy i teraz z łezką w oku wspominam te czasy, kiedy bicykl był na wyciągnięcie ręki.
        teraz pozostaje nam wnoszenie go na 3 piętro bez windy, albo kombinowanie z „nieustawną” piwnicą.

        a takie sale dla spotkań też są świetnym pomysłem.
        co prawda- szok i niedowierzanie- ale my uprzedzamy najbliższych sąsiadów, że w określony dzień może być u nas głośniej,
        ale taka sala też jest dobrym rozwiązaniem.

        • Rowerownia – spoko. Ja mówię o tej sali. Albo pokoju do gry w tenisa stołowego.

          • verónica

            hm, mnie się to wydaje takie … normalne 😉

            nie każdy może chcieć mieć stół do tenisa w domu, albo szkoda mu metrażu.
            mnie się podoba pomysł- na takie zagospodarowanie części wspólnej.

            bo tak samo- ktoś mógłby powiedzieć – po co nam studentom była ścianka do wspinaczki,
            skoro jak ktoś chce- to sobie może takie miejsce dla siebie znaleźć, w większych miastach na pewno jest przynajmniej kilka takich klubów.

            a coś takiego- to wg mnie taka dbałość, żeby w domu było tobie przyjemnie, gdzie masz kilka interesujących opcji wyboru jak spędzać popołudnia czy wieczory.

            już nie pamiętam kiedy i gdzie- ale spotkałam się kiedyś z czymś na kształt świetlicy/klubu osiedlowego, stąd może coś takiego nie jest dla mnie zaskoczeniem.

            poza tym- przecież ludzie wybierają mieszkanie nie tylko z uwagi na cenę, ale także na lokalizację.
            to tym bardziej coś powinno ich do danych miejsc przyciągnąć.

          • OK, spytam wprost – ilu deweloperów w Polsce daje coś takiego w budynkach w średnim standardzie?

          • verónica

            nie wiem, obawiam się, że żaden.
            szkoda trochę- bo jak wspomniałam- dla mnie to jest normalne i to powinno być właśnie w standardzie.

            aczkolwiek właśnie świetlicę osiedlową widziałam w PL.