Polskie historie niczym z „Bękartów Wojny”

Mająca już kilka lat historia żydowskiego oddziału komandosów, brutalnie rozprawiającego się z Niemcami, należy do moich ulubionych filmów. Zawsze, gdy widzę przynajmniej fragment tego filmu zastanawiam się, dlaczego nie nakręcić czegoś takiego u nas.

Jakiś czas temu Władysław Frasyniuk powiedział, że film o Solidarności powinien nakręcić Tarantino. Tak, jak nakręcił „Bękartów wojny” – z dystansem do historii, dla młodzieży, nowocześnie. Trochę jest w tym prawdy, bo takich kopiących tyłki filmów o naszej historii (nie tylko najnowszej) za wiele nie mamy.

Z drugiej strony – zastanawiam się, co konkretnie miał na myśli Frasyniuk? Zabawę konwencją? Brutalność? A może kompletną zmianę faktów? Bo przecież w „Bękartach” (spoiler, nie ostatni w tym wpisie…) żydowskie komando zabija Hitlera w 1944 w Paryżu. W sumie – czemu nie? Zawsze zastanawiałem się, czy ktoś odważyłby się nakręcić w Polsce film z historią alternatywną – w którym Polacy wygraliby Powstanie Warszawskie. Ja bym na coś takiego poszedł z chęcią…

Patrząc jednak na polską historię dochodzę do wniosku, że Quentin Tarantino musiałby mocno popuścić wodze swojej fantazji. Bowiem to, co wydarzyło się w rzeczywistości, wydaje się być żywcem wzięte z jego filmu…

Zamach bombowy w kinie

ib1

W filmie Tarantino

Kiedy do małego, paryskiego kina przybywa śmietanka NSDAP, alianci postanawiają wysłać tam Bękartów, aby zniszczyć kino. A razem z nim – załatwić większość „tych złych”. Podobny plan ma Shoshana, żydowska właścicielka kina, ukrywająca przed Niemcami swoje prawdziwe pochodzenie. Gdy na premierze pojawia się sam Hitler, pojawia się też możliwość na ostateczne rozwiązanie problemu nazizmu. Shoshana podpala kino, Bękarty wysadzają je w powietrze przemyconymi ładunkami, a Fuhrer ginie nafaszerowany ołowiem.

Tymczasem w polskiej historii

Słyszeliście o Ryszardzie i Jerzym Kowalczykach? Ci pracownicy Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu w 1971 roku podłożyli bombę w auli uczelni. Zrobili to w przeddzień gali z okazji Dnia Milicjanta. Dlaczego? Bowiem na tej uroczystości mieli otrzymać nagrody milicjanci odpowiedzialni za krwawe stłumienie protestów na Wybrzeżu w 1970 roku. Oczywiście, bracia nie chcieli nikogo zabić, dlatego wybuch nastąpił w środku nocy – ale i tak, po śledztwie SB, skazano ich za akt terroru: Jerzego na śmierć, Ryszarda na 25 lat. W latach 80. zwolniono ich obu z więzienia (po staraniach wielu ludzi), ale dopiero w 1991 Ryszardowi zatarto skazanie.

Aldo Apacz

ib2

W filmie Tarantino

Dowódca „Bękartów”, grany przez Brada Pitta, nie jest Apaczem. Nie jest wspomniane nawet przez moment, aby miał jakąkolwiek domieszkę indiańskiej krwi. Jest południowcem z Tennessee, dawnym przemytnikiem bimbru i prawdopodobnie – sądząc po bliźnie na szyi – niedoszłą ofiarą linczu. Ale przez Niemców nazywany jest Apaczem. Bo podobnie jak rdzenni mieszkańcy Ameryki, nie widzi niczego złego w zdejmowaniu skalpów z głów zabitych nazistów.

Tymczasem w polskiej historii

W Armii Krajowej służył autentyczny Indianin. Serio. Sath – Okh (Długie Pióro), a właściwie Stanisław Supłatowicz, był potomkiem Polki, która uciekła z Syberii do Kanady, oraz indiańskiego wodza – Wysokiego Orła z plemienia Szaunisów. Przed wojną powrócił do kraju przodków, a po klęsce wrześniowej zaczął udzielać się w podziemiu. Uciekł z transportu do Auschwitz i został żołnierzem AK. Nic nie wiadomo o tym, aby skalpował zabitych Niemców, ale… z pewnością wykorzystywał indiańskie doświadczenie podczas zwiadów. Zamiast w Indian i kowbojów, bawił się w Indian i nazistów… co zasługuje na osobny film.

Żyd – niedźwiedź

ib3

W filmie Tarantino

Z jakiegoś względu postać, którą gra Eli Roth, nazywana jest „Żydem – niedźwiedziem”. Nie ma on niedźwiedziej postury. Nie rozrywa przeciwników pazurami. Nie chodzi w futrze. Nie ryczy. Nawet nie wyjada miodu pszczółkom. Po prostu z jakiegoś powodu uznano, że szczupły facet, rozwalający jeńcom głowy kijem baseballowym, powinien mieć ksywę „Niedźwiedź”. No cóż, skoro tak ma być…

Tymczasem w polskiej historii

Odpowiedzią na fałszywego Indianina był prawdziwy. Odpowiedzią na fałszywego niedźwiedzia też będzie prawdziwy. Tak. W polskiej armii służył autentyczny, żywy niedźwiedź. Miał na imię Wojtek i stopień szeregowca. Został przygarnięty przez żołnierzy Andersa na Bliskim Wschodzie. I przeszedł z nimi cały szlak bojowy, w tym Monte Cassino. Nosił tam skrzynki z amunicją dla walczących żołnierzy. Nie jest nigdzie powiedziane, że nie ukatrupił po drodze jakiegoś Niemca, dlatego chcę wierzyć, że w wolnych chwilach wiódł całe zastępy innych misiów do walki. Tłumacząc im w misiowym języku konieczność walki z okupantem.

A to przecież nie wszystko. W polskiej historii są epizody o wiele bardziej niesamowite. Na przykład Bartłomiej Sienkiewicz w książce Grzegorza Chlasty „Czterech” wspomina o pomyśle ataku na komendę MO w Krakowie przy ulicy Mogilskiej na początku stanu wojennego. Piętro zajmowane tam przez bezpiekę miało zostać zbombardowane za pomocą zdalnie sterowanych samolotów, wypełnionych ładunkami wybuchowymi.

Tak więc opozycja w latach osiemdziesiątych planowała atak terrorystyczny na władzę ludową z wykorzystaniem dronów. Do opowiedzenia tej historii w kinie nie wystarczy Quentin Tarantino. To raczej zadanie dla Michaela Bay’a…

  • Cholera, takiej historii mogliby też uczyć w szkole 🙂
    A tak na serio – po ostatniej dawce filmów które jeden za drugim mogłyby robić za filmy motywacyjne do zaciagnięcia się do armii fajnie byłoby zobaczyć coś z prawdziwym dystansem – tak dla równowagi.

    • No właśnie – wygrane Powstanie Warszawskie, zrobione z przytupem, byłoby kinowym hitem. Ale kto podniesie rękę na świętość?

  • Pingback: Nienawistna ósemka – MrCichy()