Wpół do weekendu #16 – lwy

Dziś – lwy. Bo czemu nie?

Co tu dużo mówić – jestem gdańszczaninem, a wiadomo, że jak Gdańsk, to lwy podtrzymujące gdański herb. To chyba powinno wystarczyć za inspirację dzisiejszej przerwy w pracy?

No właśnie, gdańskie lwy. Wiadomo, że tradycyjnie lwy podtrzymujące tarczę herbową Gdańska patrzą na siebie. Znana jest też legenda o tym, dlaczego jeden z lwów wyrzeźbionych na gdańskim ratuszu postanowił się wyłamać i patrzy w stronę przeciwną. A czy wiecie, że jest jeszcze w gdańsku kilka innych kamiennych lwów… i niektóre z nich najwyraźniej bardzo się z tego faktu cieszą.

Jest jeszcze Fontanna Czterech Kwartałów, która nie tylko w upalne dni przyciąga rodziców z dziećmi.

I tylko jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności to Gliwice nazwały swoją drużynę futbolu amerykańskiego Lwami, przez co Gdańsk musiał poszukać innego odpowiedniego symbolu. I znalazł Wikingów.

Ale ja tu nie o sporcie, a o lwach. I – tymczasem – o Gdańsku. Są u nas od niedawna także inne lwy. Prawdziwe. Gdańskie ZOO, po latach przerwy, doczekało się wreszcie swoich własnych lwów! Niestety, czwórka lwów szybko zmieniła się w trójkę, bowiem jedyny samiec w stadzie z bliżej nieokreślonych powodów zagryzł samicę.

OK, rzućmy szybko okiem na lwy poza Gdańskiem.

Być może trafiliście swego czasu w internecie na piękną historię o tym, że lew może spółkować 40 – 50 razy dziennie. A i owszem, ale tylko w czasie okresu godowego. I nie 40 – 50, a 20 – 30. Więc na dobrą sprawę nie ma się czym chwalić. Podobną plotką jest internetowa legenda o tym, że lew znany z filmów MGM zabił i zjadł swojego trenera. Z drugiej strony – trochę tych lwów było, może któremuś przydarzyło się chociaż lekko ukąsić swojego trenera?

A skoro już o filmowych lwach – „Króla Lwa” znacie? Płakaliście po Mufasie?

No, to teraz wracamy do pracy!

Foto: Tambako The Jagular / CC BY-ND 2.0

Jeśli podobał Ci się ten tekst, polub mnie na Facebooku!