Secret Service powrócił!

Kiedy kultowa marka wraca na rynek po 13 latach niebytu dzięki crowdfundingowi, można być pewnym dwóch rzeczy. Premiera będzie sukcesem. A oczekiwania będą naprawdę wysokie.

„Secret Service” to pismo mojej młodości. I to dość wczesnej, tej podstawówkowej. Nie byłem fanatykiem, nie pisałem do nich listów, nie żyłem pojawieniem się nowego numeru – ale zawsze przynajmniej zajrzałem do środka. Gdy odeszli, może nawet zrobiło mi się nieco przykro.

Gdy dowiedziałem się, że „Secret” wraca, ucieszyłem się jak małe dziecko. Cudownym zrządzeniem losu i tysięcy chętnych do wsparcia projektu na platformie PolakPotrafi.pl miałem ponownie dostać w ręce numer kultowego (tym razem ten epitet nie jest na wyrost) pisma. Czego się spodziewałem?

Z pewnością nie tamtego humoru. Pójście tą drogą byłoby samobójstwem. W końcu nieco czasu już minęło – tamci czytelnicy dorośli, a #gimbynieznajo. Owszem, liczyłem, że nie będzie śmiertelnie poważnie, ale wiedziałem, że tamte figle i psoty musiały wylądować na śmietniku.

Wiedziałem też, że nie mam co liczyć na recenzje najnowszych gier. To jest dwumiesięcznik. Aby przebić, albo chociaż dogonić growe miesięczniki i serwisy sieciowe, musieliby chyba jechać na samych mocnych „ekskluziwach”. A trudno w każdym numerze robić obszerny materiał o czwartej części „Wiedźmina” albo „Angry Birda” w uniwersum „Gry o tron” (gralibyście, nawet nie próbujcie zaprzeczać).

Wiedziałem – i to zapowiadali też twórcy – że mocną stroną reaktywowanego „Secreta” będą felietony, przekrojowe teksty i reportaże. Mówiąc krótko – treść, jakiej nie dostanie się gdzie indziej. O wysokiej jakości.

I w pewien sposób – to właśnie dostałem. Tekstów niebędących recenzjami jest tam zdecydowanie więcej, niż w serwisach internetowych czy konkurencyjnych pismach (OK, bądźmy szczerzy – liczba mnoga jest tu mocno nieuzasadniona). Kilka felietonów, kilka rozbudowanych historii o grach, reportaż z „farmy George’a Lucasa” czy recenzje gier retro.

Wszystko fajnie, ale czuję jakiś niedosyt. Reportaż, choć o wyjątkowym miejscu, nie różni się od klasycznych reportaży w innych pismach lub portalach. Materiały o historii gier są dobre, widać włożoną w nie pracę – ale są niesamowicie suche, encyklopedyczne. Brakuje mi w nich takich ciekawostek, jak choćby na rewelacyjnym blogu Outland. O grach retro to nawet mi zdarza się popełnić wpis, więc to nic nadzwyczajnego.

Felietony zaś… liczę, że autorzy się rozruszają. Póki co uderzają w mocno sentymentalne struny, a to akurat mnie nie rusza.

Twórcy nowego / starego „Secreta” obiecują, że to nie wszystko i jeszcze mają niejednego asa w rękawie. Ale czy nie lepiej byłoby zacząć od mocnego uderzenia, potem zaś spokojniej hamować? Tak pierwszy numer to sukces wynikający przede wszystkim z nostalgii – a gdy ta się ulotni, to czy za dwa miesiące uda się sprzedać tyle samo numerów?

Oczywiście – to tylko piętnaście złotych co dwa miesiące. Dwadzieścia pięć groszy dziennie. Kwota nieodczuwalna, nawet dla gimnazjalisty przepuszczającego wszystko na fajki i prochy. Dla tych, którzy pamiętają tamtego „Secreta” to mógłby być dobrowolny datek na rzecz idoli młodości.

Ale po co iść na łatwiznę?

Gdy zdejmowałem „Secret Service” z półki, urzekł mnie gruby grzbiet i porządny papier, na jakim go wydano. Pierwsze skojarzenie – magazyn lajfstajlowy. I może to jest niezagospodarowana nisza, na dodatek większa, niż pierwotni czytelnicy „SS”? Na rynku nie ma pisma, które zbierałoby informacje lajfstajlowe dla wszelkiej maści geeków. A takich informacji może być sporo – ubrania, gadżety, reportaże ze zlotów, kuchnia (a czemu nie?), nowinki techniczne.

„Gwiezdne wojny”, gry komputerowe czy seriale – dziś wokół wszystkiego kręci się biznes z różnymi produktami. Zbierzcie je, drodzy Twórcy, w jeden numer i pokażcie mi – co dwa miesiące. Nie będzie się to tak szybko dezaktualizowało, jak recenzje gier. Będzie wyjątkowe. I będzie można objąć tym szeroką tematykę – a więc niezły poligon dla felietonistów czy reportażystów.

Do tego jakaś modna, nietuzinkowa okładka – i to będzie coś świeżego na naszym rynku. Na co z czystym sumieniem wydam te 15 – a może i 20 – złotych co dwa miesiące. I tak od „tamtego” pisma się nieco oddalacie, zróbcie to więc z przytupem!

A jeśli, drodzy Czytelnicy, popieracie mój pomysł, to podeślijcie to Redakcji na FB. Niech wiedzą!