Wpół do weekendu #15 – sztuczne języki

Normalnie w tym cyklu staram się unikać linków do Wikipedii. Ale dziś kilka się trafiło. Musicie zrozumieć, że alternatywą były dziwne strony, tkwiące wizualnie w minionym wieku, oraz zapomniane od lat wątki na forach.

Na pewnym etapie rozwoju chyba każde dziecko stwierdza, że wymyśli swój własny język. Gdzie każde słowo będzie kończyć w charakterystyczny sposób, dana litera nie będzie wymawiana, a zamiast łacińskiego alfabetu używane będą jakieś znaki. Zazwyczaj się z tego wyrasta. Ale są przypadki, że dziecko pozostaje w tym świecie fantazji, do swojego języka tworzy skomplikowane zasady gramatyki, składni, słowniki liczące tysiące słów… a potem pokazuje swój język światu, gdzie zaczyna nim mówić garstka podobnych sobie dziwaków zapaleńców.

Dziś kilka słów o sztucznych językach.

Zacznijmy od najpopularniejszego z nich, czyli esperanto. Tak, wiem – esperantyści zapewne już ostrzą na mnie swoje noże (lub, jak oni to mówią – tranĉiloj). Oczywiście, to najpopularniejszy sztuczny język na świecie, którym władają może nawet dwa miliony osób. Stworzony przez Polaka, Ludwika Zamenhofa, który urodziwszy się w Białymstoku wiedział, że musi się jakoś wybić. Dziś są stowarzyszenia esperantystów, sieciowe kursy uczące esperanto – nawet Wikipedia w esperanto. Oraz ludzie, którzy z tym językiem podróżują po świecie.

Ale esperanto nie stał się językiem używanym globalnie, a żadne z państw nie uznało go za język urzędowy. Piękny sen o językowej wspólnocie się nie ziścił. Ale idea leżąca u podstaw opracowania esperanto – jest piękna, trzeba to przyznać.

Inaczej sprawa wygląda z elfickim, stworzonym przez Tolkiena na potrzeby jego książek. I nie tylko elfickim. Tolkien tworząc Śródziemie chciał je uwiarygodnić, dlatego stworzył nie tylko całą jego historię i mitologię, ale także kilkanaście języków. Które zaczęły żyć własnym życiem (jeśli można tak określić życzliwe przyjęcie przez tabuny geeków na całym świecie) i doczekały się solidnych opracowań (niektóre z nich wyglądem i domeną tkwią nadal w latach 90. ubiegłego wieku…).

Od czasów Tolkiena każdy pisarz fantasy musiał mieć swój język. Sapkowski swoim elfom kazał mówić stworzoną przez siebie Starszą Mową, która przekroczyła już granice Polski (chcecie słownik starszo – czeski?). Z kolei na potrzeby serialu „Gra o tron” zorganizowano konkurs, w którym wyłoniono osobę mającą za zadanie stworzyć język Dothraków (bazując na słowach stworzonych wcześniej przez George’a R.R. Martina). Jeśli oglądasz serial, zapewne znasz tylko słówko „Khaleesi” (w 2012 tak nazwano 146 dziewczynek w USA), ale w rzeczywistości dotracki ma już ponad trzy tysiące słów. I oczywiście możesz się go uczyć.

Nawet język tych smerfów z „Avatara” to nie są losowe dźwięki, ale język składający się z ponad tysiąca słów. Opracowany przez lingwistę. Podobnie z językami używanymi w uniwersum „Gwiezdnych wojen”.

No i jest klingoński. Język używany przez wojowniczą rasę ze „Star Treka”. Początkowo klingoński to była bezsensowna paplanina, stworzona przez jednego z aktorów na potrzeby pierwszego filmu kinowego. Jednak przy tworzeniu trzeciego filmu zatrudniono zawodowego lingwistę. I w ten sposób powstał język z dość złożoną gramatyką, składnią i pisownią. Który wielu geeków na całym świecie ochoczo wzięło na warsztat. Jak choćby jeden mężczyzna z Minnesoty, który twierdził, że do swojego małego synka mówił tylko po klingońsku (w rzeczywistości chciał sprzedać oprogramowanie tłumaczące). Kilkanaście lat temu krążyła też historia o szpitalu psychiatrycznym, który poszukiwał tłumacza klingońskiego do komunikacji z niektórymi pacjentami – ale okazała się być jedynie pięknym kłamstwem.

Na koniec chciałbym wspomnieć o ciekawym eksperymencie, jakim jest Ill Berhisad. To alternatywny świat, opisywany w sieci przez grupkę zapaleńców. Silniejsze Cesarstwo Rzymskie, brak rewolucji amerykańskiej lub rozbiorów Polski – to tylko niektóre z różnic między nim a naszym światem. Jest to jednak projekt na tyle dokładny, że odwzorowano w nim również ewolucję języków, jaka zaszłaby w tych warunkach. Język polski nie byłby językiem słowiańskim, a raczej romańskim – i tak narodził się wenedyk.

Na świecie jest kilkaset tysięcy osób, władających lepiel lub gorzej elfickim czy klingońskim – a zapewne także dotrackim lub wenedykiem. Pozostaje pytanie – po co uczyć się języków stworzonych na potrzeby wymyślonych światów?

Nie spodziewajcie się ode mnie teraz odpowiedzi, bowiem mogłaby ona być osobnym wpisem.

Foto: Stéfan / CC BY-NC-SA 2.0

  • Dothracki brzmi obłędnie 🙂

    A swoją drogą, jestem nieodmiennie zachwycona tym, co i w jaki sposób mówi mój syn. Ma swoje ulubione słowa, np. „kapyki”, które wymawia w taki sposób, że Y brzmi trochę jak U. Albo słowo „gekyn”, gdzie z kolei „kyn” wymawia ze ściśniętym gardłem, przyciskając język do podniebienia. I w ogóle kocha spółgłoski, a niektórych jego słów nie potrafię nawet powtórzyć… jak w dothrackim 😛

    • No to może notuj ten jego język, a za jakiś czas dołożycie do tego gramatykę, litery – i sprzedacie w pakiecie jakiemuś pisarzowi fantasy.