Książki, które mnie nie ukształtowały

Internetowe łańcuszki. Jedne każą człowiekowi wylać na siebie kubeł lodowatej wody, inne grożą uszkodzeniami rodziny, jeśli się je przerwie. No i są te zmyślne – bazujące na nostalgii za dzieciństwem.

Właśnie jeden z nich z tej ostatniej kategorii jakiś czas temu zaczął się rozprzestrzeniać po sieciach społecznościowych i blogosferze. Zasada była prosta – wymień 10 ulubionych książek z dzieciństwa. Każdemu się łezka w oku zakręciła, bo to i Tomek Wilmowski, i Pan Samochodzik – a u niektórych także coś Karola Maya. Ale bądźmy szczerzy – ile razy można wymieniać to samo?

Aby więc nie zalewać sieci setkami identycznych list, na których Ania z Zielonego Wzgórza sąsiaduje z serią „Poczytaj mi, mamo” (nikt tego nie wymienił?), ktoś zmyślny postanowił podkręcić zabawę. I zmienił łańcuszek w listę dziesięciu książek, które łańcuszkobiorcę ukształtowały. No, tu można już się wyróżnić. Coelho, Proust, Joyce, Masłowska, Marquez i cała Szymborska w oryginale. Do wyboru, do koloru. Rodzice nie ukształtowali, koledzy nie ukształtowali, szkoła też zawiodła – zrobiły to nudne i opasłe tomy.

Mnie nikt do takiego łańcuszka nie włączył (czemuż to, ach czemuż?), ale lubię być przygotowanym na każdą ewentualność. Zacząłem więc zastanawiać się, jakie to dziesięć książek mnie ukształtowało (gdybym trafił na wersję z dzieciństwem, to lecimy z „Poczytaj mi, mamo”, Wilmowskim i Samochodzikiem). I doszedłem do wniosku, że to nie jest wcale proste pytanie. Z dwóch przyczyn.

Po pierwsze – co to znaczy: ukształtować? Jeśli mówimy o książce, która pokazała drogę życiową, to u wszystkich te listy też powinny być do siebie podobne. Bo ile może być takich książek? Biblia, Koran, „Sztuka wojny”, „Książę”, „Getting Things Done”, „Tysiąc potraw z ziemniaka” – nie wyjdziemy poza traktaty filozoficzne, książki religijne i poradniki.

A jeśli poprzez „ukształtować” rozumieć tylko silne oddziaływanie, nawet tylko w momencie czytania – to jaką przyjąć skalę dla takich wzruszeń? Bardziej ruszył mnie ślub Zosi i Tadeusza czy też to, że (spoiler) Wokulski zabił Izabelę siekierą, za co został skazany na kolonię karną?

Jednak bez względu na odpowiedzi na te pytania, ważniejsze było dla mnie „po drugie”. Dlaczego tylko książki?

Żyjemy, czy to nam się podoba, czy nie, w XXI wieku. Dlaczego więc mamy z uporem godnym lepszej sprawy upierać się przy twierdzeniu, że tylko słowo pisane może nas poruszyć?

Rozumiem, dlaczego nie tworzy się list dziesięciu oper (bo nawet ci, co czytają, w operze ostatni raz byli ze szkolną wycieczką) czy obrazów (to duże płótno Matejki i panna z krzywym zgryzem od Leonarda…). Rzeźb nawet nie ruszam. Jednak warto zauważyć, że kultura już dawno temu zmieniła się w pop-kulturę. I listę kształtujaco – wzruszających lektur można swobodnie rozszerzyć o piosenki, teledyski, filmy, seriale czy gry komputerowe.

Bądźmy szczerzy – to nie literacki Nobel rozpala zmysły tłumów, ale Oskary. Na książki Sapkowskiego czekali kiedyś tylko w Polsce – na trzecią część gry o wiedźminie czeka cały świat. Wraz z premiera nowego iPhone’a Apple nie udostępniło nowej części Harrego Pottera, ale nowy album U2.

Czy to coś złego, jeśli powiem, że zawsze wzrusza mnie „Kashmir” Led Zeppelinów. A do ósmej klasy chodziłem, mając w słuchawkach pierwszą płytę Black Sabbath. Czy okażę się niesamowitym ignorantem, jeśli „Ojca chrzestnego” Puzo zamienię na tego Coppoli, a „Fight club” Palahniuka na ten Finchera? Na liście mógłbym jeszcze umieścić teledysk do ‚November Rain”, który działał na mnie mocniej, niż sama piosenka. Nie mogę też zapomnieć o całym pokoleniu, które dorosło ze świadomością, że jego księżniczka jest w innym zamku. Chociaż ja wspomniałbym zapewne jakąś misję z „Warcrafta 2” albo petersburskie zamachy z drugiego „Hitmana”.

Książki? Poza „Lodem” Dukaja, który jestem skłonny wcisnąć każdemu przy dowolnej okazji – nie wiem, czy wrzuciłbym na listę jakąkolwiek inną. Chyba, że komiksy o Thorgalu też policzymy jako książki (waham się między „Alinoe” a „Krainą Qa”). Za to od ręki wymieniłbym kilka seriali, które powinny znaleźć się na mojej liście. „Rodzina Soprano”, „Braking Bad” oraz „Stawka większa niż życie” stoczyłyby ciężki bój o wejście do tej dziesiątki. Podobnie „Kapitan Jastrząb” i „Czarodziejka z Księżyca”.

Książki są super. Pochłaniam je w ilościach ponadprzeciętnych i gdybym nie mógł ich czytać, zapewne zrobiłbym sobie krzywdę. Albo jeszcze lepiej – komuś. Ale jeśli chcemy rozpatrywać co ukształtowało nas – ludzi żyjących w latach nastych XXI wieku, nie oszukujmy się, że to były tylko książki. W imię jakiegoś dziwnego snobizmu fetyszyzujemy tę formę rozrywki, która akurat jest najmniej popularna w społeczeństwie.

Nie mówię, że ludzie podejmujący łańcuszek książkowy nie przeczytali „W poszukiwaniu straconego czasu” (i to kilka razy). Ale założyłbym się, że równie wielki wpływ wywarły na nich dzieła popkultury. Przestańmy udawać kogoś, kim nie jesteśmy. Stwórzmy nasz własny, szczery łańcuszek.

Zacznijmy od Ciebie. To co będzie na Twojej liście?

  • Ja to potraktowałam z przymrużeniem oka. Wybrałam książki, które nie tyle mnie ukształtowały, ale które na tyle utkwiły mi w pamięci, że przychodzą mi do głowy w pierwszej kolejności i wywołują uśmiech (a także chęć sięgnięcia po nie ponownie).
    A jeśli chodzi o Twoje pytanie, czemu na liście nie wymieniać od razu mieszkanki wszystkiego? No cóż… Musimy zostawić coś na kolejne kreatywne wyzwania 😉 I też nie warto przesadzać ze szczerością, bo prędzej czy później okaże się, że każdy będzie miał jednopunktową listę: internet.

    • O, Jenny ma rację, chciałam napisać coś bardzo podobnego 🙂

    • Nigdy po żadną książkę nie sięgnąłem ponownie. Może dlatego ciężko mi to zrozumieć… 🙂

      Z tym internetem bym nie przesadzał – to tylko narzędzie. To tak, jakby listę książek zawęzić do jednego punktu: „papier”. Natomiast mi chodzi o coś innego. Można stworzyć listę dziesięciu książek, które pamiętamy z dzieciństwa / wzruszyły / utkwiły w pamięci / ukształtowały. Tylko że nie wierzę w to, że przy uszeregowaniu wszystkich bodźców kulturalnych, podpadających pod powyższe kategorie, książki zajmą dziesięć pierwszych miejsc. Ale może jestem człowiekiem małej wiary…

      Oczywiście – rozumiem, że celem tego łańcuszka jest pokazanie, że czytanie jest seksi i jak się czyta to się dzieją takie rzeczy, że ho ho, ale… nie byłbym sobą, gdybym się nie przyczepił 🙂 Może gdyby listę dziesięciu książek zamienić na listę trzech książek albo recenzję tej jednej, która miała wpływ na życie – łyknąłbym to bez problemu. Ale dziesięć? No way 🙂

  • Haha, właściwie zwerbalizowałeś to, co i mnie chodziło po głowie.
    Oczywiście, ta lista książek, jak każdy łańcuszek, ma tak naprawdę na celu wyciąganie danych, ale potraktowana z humorem może wiele powiedzieć o jej autorze.

    Podobna wątpliwość jak Twoja dopadła mnie, gdy czytałam, że wiele osób bardzo poważa ‚Władcę much”. Ja również, ale nie czytałam książki, tylko oglądałam film i wrażenie zrobił na mnie kolosalne. I czy liczą się komiksy albo poezja?

    Od pewnego czasu, oprócz półeczki ulubionych książek, mam specjalne miejsce na ukochane filmy i płyty, które wprowadzają mnie w określony nastrój. Co ciekawe, moja znajomość z Brunonem Schulzem zaczęła się od obejrzenia filmu właśnie – adaptacji Hassa „Sanatorium pod Klepsydrą”. Jak to liczyć?

    Zrobię sobie taką listę ‚pełną’, a potem może wrzucę ją na swój blog. I podam link 🙂

    BTW, ta lista książek brzmi trochę jak temat matury z polskiego z lat przed reformą, gdy pisało się opasłe eseje, prawda? 😉

    • A jeśli chodzi o „kształtowanie” – mogą mogą, nie tylko Biblia. Jedną z pozycji na mojej liście jest na przykład album o sztuce i inny o rasach psów, które obudziły we mnie nowe pasje 🙂

      • „Czytałem będąc chłopakiem,
        jak Wojtek został strażakiem.
        Teraz jestem starszy i poważniejszy,
        i lektury mam trochę mądrzejsze.”

        OK, mogą być inne książki niż Biblia i poradniki, które wpłynęły na czyjeś życie. Ale dziesięć?

    • Faktycznie, skojarzenia z maturą jak najbardziej uprawnione. Chociaż tamte tematy były jednak bardziej szczegółowe.