Rysiek Widzimisie

Dziś kilka słów o pewnej aplikacji na telefon. Uznanej, nagradzanej, reklamowanej. Dla ludzi z mocno elastyczną etyką.

W weekend wpadł mi w oko plakat reklamujący aplikację „Rysiek Antyradar” (dostępna na Androida i iOS). Nazwa pozwala domyślić się, o co chodzi, ale dla pewności kilka cytatów z opisu aplikacji w Sklepie Play:

Rysiek widzi misie! To najlepszy, darmowy ostrzegacz drogowy – zwycięzca testu aplikacji antyradarowych przeprowadzonego przez tygodnik Motor (nr 26/2014). Rysiek wygrał w nim z aplikacjami Yanosik, iCoyote, Autoradar i RadarSTOP.

Jak to działa? Dzięki Ryśkowi zgłaszasz i odbierasz ostrzeżenia o miśkach i innych przeszkodach na drodze – fotoradarach, wypadkach, remontach, zablokowanych odcinkach oraz złych warunkach pogodowych.

(…)

Rysiek to kompan dobrej jazdy – darmowa aplikacja, dzięki której nie stracisz pieniędzy, czasu i dobrego humoru 🙂

To może po kolei. Aplikacja ostrzega użytkownika o stojących radarach i patrolach. Czyli państwowych narzędziach wymuszania przestrzegania prawa. Podstawowe pytanie brzmi – po co? Jeśli ktoś jeździ zgodnie z przepisami, to żaden patrol ani fotoradar nie jest mu straszny. Co innego, jeśli ktoś planuje nieco poszaleć i przekroczyć dozwoloną prędkość. Wtedy informacja o fotoradarach mu się przyda. A jeśli wsiada za kółko na podwójnym gazie, to i miejsca postoju patroli mogą być całkiem użyteczne.

Tak, jeśli chce się złamać prawo drogowe, takie informacje pomogą uniknąć zasłużonej kary.

I do takich właśnie ludzi wyciąga rękę firma NaviExpert. My wiemy – zdaje się mówić – że to okropne, opresyjne prawo nie pozwala wam, szalonym kierowcom, rozwinąć skrzydeł. Na szczęście poinformujemy was, gdzie stoją miśki (czyli patrole policyjne), gdzie działają fotoradary, a w swojej wielkiej łaskawości dorzucimy też info o remontach i wypadkach, żebyście nie stali w korkach.

Aby uniknąć niezręcznej ironii, nie będziemy was informować, które z tych wypadków są skutkiem przekroczenia dozwolonej prędkości.

Dobrze jest mieć pomocnika w łamaniu prawa.

Dzięki nam nie wydasz kasy na te paskudne, faszystowskie mandaty. Zatrzymasz ją w kieszeni i wydasz, na co tylko zechcesz. Na przykład na adwokata, gdy skosisz jakiegoś pieszego na zakręcie. Albo na rehabilitację, gdy wyrżniesz w drzewo.

Bo że któryś z użytkowników „Ryśka” zrobi krzywdę sobie lub innym, jest statystycznie pewne. Polska szkoła jazdy jest fatalna i trudno znaleźć obcokrajowca (czy nawet krajowego znawcę), który wyrażałby się o niej w samych superlatywach. Ostatnio natrafiłem nawet na stwierdzenie, że Polacy jeżdżą gorzej niż litewscy kierowcy tirów.

Uwierzcie mi, to coś znaczy.

Niekoniecznie to, że wszyscy mamy dwie lewe ręce na kierownicy. Ale proporcjonalnie mamy więcej wariatów za kółkiem – i są oni niebezpieczniejsi. Jasne, naszym drogom też daleko do ideału – ale tym bardziej powinno się na nich jechać ostrożnie. A – czy tego chcemy, czy nie – ostrożność w tym wypadku oznacza zdjęcie nogi z gazu. Po prostu.

Można się zżymać na reperowanie budżetu wpływami z fotoradarów. Można zauważać, że czasem ograniczenia prędkości wydają się być absurdalne (aczkolwiek zazwyczaj słyszę to nie z ust inżynierów ruchu, ale z ust typowego obywatela, który wszystko wie lepiej). Ale to jest prawo. Prawo ustanowione przez legalne władze, a nie prze okupanta – więc łamanie go nie jest specyficznym wyrazem patriotyzmu, ale zwykłym przestępstwem.

Tymczasem z jakiegoś względu dość powszechne jest spojrzenie na prawo drogowe jako na zbiór sugestii, które można sobie dowolnie wybrać. Dziwne, że nie ma takiego spojrzenia na inne przepisy, które też przecież nie wszystkim muszą się podobać. Może wtedy doczekalibyśmy się też aplikacji pokazującej których alejek w supermarketach nie pilnuje ochrona, które mieszkania nie są zamknięte oraz lokalizatora samotnych kobiet, spacerujących po zmroku.

No, ale to przecież tylko przepisy drogowe. Można to olać. Dlatego firma, robiąca nawigacje samochodowe, wyprodukowała taką aplikację. Dlatego popularne pismo motoryzacyjne robi ranking tego typu aplikacji. I dlatego jakaś firma reklamowa nie widzi problemu, aby wywiesić plakat na skrzyżowaniu w Gdańsku. Dwieście metrów od komisariatu.

Przecież jeszcze nigdy nikogo przekroczenie prędkości nie skrzywdziło, prawda?

PS: Te słowa kieruję do Ciebie, gdy podnosisz ręce nad klawiaturę, aby wbić mnie w glebę oskarżycielskim „a ty prędkości nigdy nie przekraczałeś?”. Tak, przekraczałem. Dawno temu, gdy byłem młody, głupi i jeździłem po autostradzie. Dziś, jeśli jeżdżę, to głównie po mieście. Ale przede wszystkim dorosłem i zmądrzałem. Teraz pora na Ciebie.

Foto: Michael Flick / CC BY-NC 2.0

  • Auć, ktoś wymyślił taki idiotyzm? Słabo. Nie dość, że boję się jeździć samochodem i prawdopodobnie nigdy nie zrobię prawa jazdy, to jeszcze potrzeba mi wiedzieć o aplikacjach, które sprzyjają idiotom na drodze. Jezusie Nazarejski, why?!?!

    • Że ktoś wymyślił – to nic dziwnego. Ale że ktoś inny reklamuje i testuje, to już nieco martwi.

      • Nieco? Cholera, mnie bardzo 🙁

        • Nieco, nieco… bo co mam powiedzieć? Że twórcy, dziennikarze i reklamowcy są z etyką mocno na bakier? Że nikt nie widzi niczego złego w ułatwieniu złamania prawa? Przy takim podejściu społeczeństwa, gdybym miał się emocjonować, to już bym padł na zawał. Więc mówię „nieco”.

  • Marcin

    Rzecz jest o wiele bardziej skomplikowana aniżeli to przedstawiłeś, boś przedstawił rzeczywistość wyłącznie w czarno-białym wydaniu, a świat ma odcienie szarości.

    Tak, polacy jeżdzą jak nienormalni, ale nie wszyscy.
    Tak, u nas łamanie przepisów to standard.

    Ale…. właśnie to całe „ale”… wykorzystam tekst mojego klienta: „jaki naród takie ustawodawstwo” albo bardziej dobitnie „jaki naród taka policja”. Tak, nasza policja ma tendencje do działania względem zasady „pokaż mi człowieka a znajdę na niego paragraf”, a więc robienie z obywateli baranów będących wyłącznie bankomatem dla budżetu Państwa. Przykład? Ależ proszę – fotoradar w Toruniu ustawiony tak, że widzisz go dopiero jak go mijasz z ograniczeniem na 2-pasmowce do „40”. Drugi przykład to cywilne patrole ITD, które jadą sobie gierkówką (dla ścisłości, w promieniu kilometra zero zabudowań) nie zatrzymuje, nie ostrzega, robi zdjęcie i po 2-4 tygodniach przysyła rachunek bez zdjęcia. Prawo do obrony? A jakże, idź Pan do sadu, bo inaczej zdjęcia nie dostaniesz, i płacz i płać koszty sadowe.

    Pozytywne przykłady? Ależ proszę – u naszych sąsiadów fajnych za miedzą, czyt. Szwecji, jak przekraczasz prędkość na autostradzie to radiowóz cię dogania i ci daje ostrzeżenie bez mandatu, ba nawet bez zatrzymywania. Jak jesteś wariat i dodasz gazu to cie wsadza w kaftan, skonfiskują samochód, dom, dzieci, ale jak zjedziesz i zwolnisz to dają ci spokój i jadą dalej. Może być kulturalnie? Może.

    Zgadzam się, że dla kierowców na podwójnym gazie takie aplikacje to nie porozumienie (sam zje…em kilku kolesi przez CB za to ze podają gdzie stoi alkotest) ale świat nie jest taki jak go malujesz w tym tekście i dobrze o tym wiesz.

    P.S. Robię 35-40 tys. km rocznie i mam zero punktów karnych na koncie od prawie 3 lat – to tak dla uściślenia, że nie przekraczam prędkości i innych przepisów.

    • Był kiedyś pomysł na taką akcję – żeby jeździć zgodnie z przepisami i utrzeć nosa władzy, która chce mieć kasę z mandatów. Z jakiegoś powodu się nie przyjął.

      Też uważam, że ostrzeżenie jest fajne – ale to nie jest tak, że tym wszystkim kierowcom po prostu noga niżej opadła. Dopóki będzie tak, że za kółkiem będzie ułan i jego fantazja, to mi srogie kary nie przeszkadzają.

      Poza tym policja nie zrobi zdjęcia komuś, kto będzie zgodnie z przepisami. W opisanych przez Ciebie przypadkach można uniknąć kary. Widzisz znak? Zwalniasz przed nim, a nie za nim.

      Tak, świat nie jest czarno – biały. Ale jeśli robisz taką aplikację, to niebezpiecznie przesuwasz się w stronę szarości.

      • Marcin

        Zgodziłbym się z tobą całkowicie, gdyby nie fakt, że duża cześć znaków na polskich drogach jest najłagodniej mówiąc idiotyczna. Nie mówię tutaj o ograniczeniu 20km/h koło szkoły, ale o ograniczeniach tam gdzie są kompletnie nie potrzebne, podwójnych ciągłych z górki i przerywanych liniach pod górkę, zakaz skrętu w lewo i jednocześnie nakazu jazdy w lewo.

        Nie wiem, jak działa omawiana przez ciebie aplikacja ale Yanosik oprócz ostrzeganiu przed policją, informuje również o zagrożeniach na drodze, korkach itp. Jest to sensu stricte system komunikacji miedzy kierowcami, który świetnie działa i to jest jego największa zaleta za którą go cenię. Na moich trasach policja zawsze stoi tam gdzie zwykle, nie potrzebuje Yanosika, żeby wiedzieć gdzie zdjąć nogę z gazu.

        Człowiek, a szczególnie rasa polak, ma to do siebie, że jeżeli coś jest absurdalne to przestaje to uznawać za obowiązujące. Dopóki będą takie absurdy na polskich drogach, tak długo będzie społeczne przyzwolenie do łamania przepisów. A aplikacja Rysiek coś tam to tylko system komunikacji w słabym wydaniu i ograniczony do tego aby uniknąć kary. Yanosik i de facto CB Radio są genialnymi wynalazkami.

        • Owszem, mam świadomość absurdalności znaków w wielu miejscach. Ale to nie jest tak, że jeśli przepis jest absurdalny, to go olewam? To pokazuje kompletny brak szacunku do prawa jako takiego i przynajmniej minimalnej postawy obywatelskiej. Lepiej próbować naciskać na odpowiednie organy, aby zmieniły oznakowanie (lub wyjaśniły, z czego wynika ten absurd – bo może się okazać, że to wcale nie jest absurd). To zaczyna działać… Reakcją na absurd prawny nie może być społeczne przyzwolenie na łamanie prawa, bo to jest podchodzenie do tematu od dupy strony.

          O korkach i zdarzeniach drogowych jakimś cudem ostrzega mnie wielki brat z Google Now, ale rozumiem potrzebę komunikowania się między kierowcami. To pomaga i z tym nie mam problemu. Przy czym ja, jeżdżąc przepisowo, nie czułbym potrzeby informowania innych przez CB, gdzie stoi policja. Bo przez CB wypadałoby podać precyzyjne miejsce. To już wolę wrzucić hasło na Twittera, że dziś są wzmożone kontrole – i nikt nie musi wiedzieć dokładnie gdzie.

          Natomiast zauważ, że w przypadku aplikacji „Rysiek” ostrzeganie przed radarami i patrolami jest pokazywane na pierwszym miejscu. Korki i wypadki to dodatek. I to mnie rozwala. Nieetyczny biznes odpowiada na potrzeby nieetycznych kierowców i tak jakby nikt nie widzi z tym problemu. Czego dowodem jest bilbord niedaleko komisariatu.

  • wytoo

    rysiek ślepy na drodze jest, za dużo razy nie poinformował, ale na szczęście w tle yansik zawsze był na bieżąco

  • qq

    Nie zawsze chodzi o „ciśnięcie”. Przez CB można uzyskać bardzo dużo przydatnych informacji między innymi o jadącej karetce, utrudnieniach na drodze, korkach, objazdach, zwierzynie bytującej przy drodze, nieoznakowanych rowerzystach bądź pieszych, o braku światła, jak dojechać w konkretne miejsce, łatwiej uzyskać pomoc i wiele innych. Poza tym mam wrażenie jakby część komentarzy pisały osoby, które jeżdżą co najwyżej do pracy przez miasto kilka km dziennie. Proponuję pojeździć trochę po Polsce a szybko się zmieni Wasze zdanie na temat CB i podobnych wynalazków. Poza tym wolna jazda nie znaczy bezpieczna i odwrotnie.

    • Rysiek może podaje bytowanie zwierzyny czy zepsute światła, ale podaje też położenie patroli. I w tym momencie jego wykorzystanie jest nieetyczne. Podobnie z CB – samo w sobie jest OK, ale jeśli mówi się przez nie, gdzie stoją „miśki”, to już OK nie jest. Jakby kierowcy sobie tę informację gołębiami pocztowymi przesyłali – też byłbym na nie. Chodzi o komunikat, a nie kanał – rozumiesz?

      Jazda wolna i bezpieczna to nie to samo. Ale jazda zgodnie z przepisami to jazda zgodnie z przepisami. Nieważne, czy po mieście, czy poza miastem. I to dyskusji nie podlega.

  • qq

    „Dziś, jeśli jeżdżę, to głównie po mieście.” i to całkowicie tłumaczy podejście do tematu.

  • qq

    Jadąc zgodnie z przepisami (większości społeczeństwa wydaje się, że tak właśnie jeździ – niestety tylko wydaje) a nie posiadając kultury jazdy można wyrządzić więcej szkody niż jadąc kilkanaście km więcej niż pozwala na to prawo. Bezpieczna jazda to nie tylko wolna jazda…