Co zrobić z jabłkami, których nie chce Rosja?

W wyniku zawirowań politycznych Putin nałożył zakaz na wwóz naszych wybornych jabłek do Rosji. W związku z tym powstał problem – co zrobić z jabłkami, które chcieliśmy wysłać na Wschód? Ja zadałem sobie ważniejsze pytanie – jakie skutki mogą mieć rozwiązania tych pomysłów. A pomoże nam w tym nasz dobry przyjaciel – Kapitan Matematyka!

Dla tych z Was, którzy nie znają Kapitana – to wymyślony przeze mnie superbohater, powstający z połączenia mocy dodawania, odejmowania, mnożenia, dzielenia i serca. Mam pełną świadomość, że serce nie jest powszechnie znanym działaniem matematycznym, ale inaczej mieszkańcy Południowej Ameryki mogli poczuć się poszkodowani*.

Ale ten wpis jest o jabłkach. Jeśli wierzyć danym znalezionym w czeluściach sieci – w minionym roku wyeksportowaliśmy do Rosji 677 tys. ton jabłek. Dla ułatwienia przyjmijmy tę wielkość jako naszą bazę do dalszych obliczeń. Mamy grubo ponad pół miliona ton jabłek, które nie podobają się na Kremlu.

Aby uświadomić Wam ile to jest w przeliczeniu na sztuki – jabłka które ostatnio kupiłem w sklepie niech będą wzorcem – jedno jabłko waży około 150 g. Czyli mamy do zagospodarowania ponad 4,5 mld jabłek.

Na początek zgromadźmy je w jednym miejscu – powiedzmy pod Grójcem. Usypmy z nich piramidę. O trójkątnej podstawie. Czyli na każdych trzech, stykających się jabłkach, układamy w środku następne. W ten sposób tworzy się piramida, gdzie każdy kolejny poziom jest następną liczbą trójkątną. Ze wzoru na sumę ciągu liczb trójkątnych i małego czarowania w Excelu wychodzi, że bok podstawy naszej góry to ponad trzy tysiące jabłek!

Średnica jabłek, które ostatnio kupiłem, waha się od 5 cm do 6 cm. Przyjmijmy dla bezpieczeństwa, że wynosi 5 cm. Czyli bok naszej piramidy to 150 m. Z pewnością nie będzie jej widać z kosmosu… Ale za to z wysokością 123 m (przyjmijmy, że jabłka to kule i leżą na płaskim terenie) będzie górować nad okolicą.

Co zrobić z tą stertą jabłek? Możemy oczywiście spróbować przemycić jakoś te jabłka do Rosji, ale potrzebowalibyśmy do tego całej masy jeży. Nie znalazłem nigdzie danych o populacji jeży w Polsce, ale Wikipedia podaje, że w Wielkiej Brytanii jest ich 1,5 mln. Czyli każdy z brytyjskich jeży (gdyby je wypożyczyć) musiałby zrobić ponad 2,9 tys. kursów z jabłkiem na grzbiecie.

I wiem, że jeż z jabłkiem na grzbiecie występuje tylko w bajkach. Ale staram się znaleźć rozwiązanie.

Jeśli nie możemy tej góry jabłek wywieźć z kraju, musimy je jakoś zagospodarować własnymi siłami. Tak właśnie narodził się pomysł akcji #jedzjabłka. Bo to zdrowo i patriotycznie. Gdybyśmy wszyscy zaczęli masowo jeść jabłka, zagralibyśmy Putinowi na nosie.

Z prostej matematyki wychodzi, że na każdego Polaka w kraju – od noworodków po starców – przypadałoby w ten sposób 18 kg dodatkowych jabłek rocznie. Nie wydaje się to strasznie dużo. Raptem 117 dodatkowych sztuk (przy naszych pierwotnych założeniach) rocznie. Do zjedzenia w weekendy i święta.

Tylko że przeciętny Polak zjada rocznie 15 kg jabłek. I to już jest wzrost w porównaniu do tego, co można było zaobserwować na początku dekady. Czyli musielibyśmy zjadać drugie tyle, a na dodatek dopychać jakimś cudem dodatkowe dwa kilogramy jabłek rocznie. Może być z tym problem…

Oczywiście – jest prostsza forma przyswajania jabłkowych witamin. Można z tej naszej piramidy wytłoczyć sok jabłkowy. Wrzucić do gigantycznej sokowirówki i uzyskać (przy bezpiecznym założeniu uzyskania litra soku z dwóch kilogramów jabłek) blisko 340 mln litrów. Czyli w przeliczeniu na głowę (od niemowlaka do starca) wychodzi 9 litrów soku rocznie.

To już jest wielkość, z którą można próbować się zmierzyć – ale tylko, jeśli nie mamy punktu odniesienia. te 340 mln litrów to około połowa rocznej konsumpcji soków i nektarów w Polsce. Wszystkich soków i nektarów. Rynek soków w Polsce spada. Marzenie o zwiększeniu go o 50% (i to za pomocą jednego rodzaju soków) jest tylko nieznacznie bardziej optymistyczne niż podwojenie konsumpcji owoców.

Dlatego ktoś rozsądny wpadł na pomysł, aby pozwolić temu sokowi sfermentować i w ten sposób uzyskać cydr. Lekki, orzeźwiający napój alkoholowy, o którym od kilku lat słyszałem, że mógłby być naszym flagowym towarem eksportowym. Może nawet bardziej znanym, niż wódka.

Czy zatem zamiast hasła #jedzjabłka powinniśmy promować akcję #pijcydr?

Internet informuje mnie, że 10 litrów cydru jest do uzyskania z 15,5 kg jabłek. Czyli z naszej piramidy jabłek pod Grójcem można uzyskać ponad miliard litrów cydru. Teraz tylko trzeba go wypić. Na głowę (ponownie – od niemowlaka do starca) wychodzi 27 litrów rocznie. Czyli co tydzień pijemy po jednej półlitrowej butelce i dodatkowo po jednej na urodziny i imieniny.

Cydr ma od 2% do 7% alkoholu. Przepis na wyprodukowanie tego napitku, na którym opierałem się powyżej, zakłada wytworzenie cydru o mocy 5%. Oznacza to, że dzięki dodanym do fermentującego soku drożdżom uzyskamy ponad 52 mln litrów czystego alkoholu. Na statystycznego Polaka wypada zatem niecałe 1,5 l rocznie.

Polska Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych podaje, że przeciętnie w Polsce spożywa się (dane za 2012 rok) rocznie 9,16 litra czystego spirytusu na głowę. Oznacza to, że chcemy tę liczbę zwiększyć o 15%. Co ciekawe – według dyrektora PARPA – za 70% spożycia w Polsce odpowiada raptem 18% społeczeństwa. Gdyby zachować te proporcje, osoby te musiałyby ogarnąć ponad 730 mln litrów cydru. Co daje nam ponad sto litrów na głowę. W prawie każdy dzień roboczy taka osoba musiałaby wypijać flaszkę cydru – ponad to, co pije obecnie!

Pewnym pocieszeniem jest fakt, że gdybyśmy faktycznie przepili te wszystkie jabłka w formie cydru, z czystego patriotyzmu, do budżetu z tytułu akcyzy wpłynęłoby ponad miliard złotych. Niby kropla w morzu, ale minister finansów by się ucieszył. O ile wcześniej minister rolnictwa nie wymógłby na nim obniżki tej akcyzy.

Jest jeszcze jeden sposób na zagospodarowanie jabłek, o którym nikt wydaje się nie pamiętać. Upieczenie pysznego jabłecznika!

W sieci jest masa przepisów na różne jabłeczniki. Patrząc na kilka z nich, wyskakujących na pierwszej stronie Google, doszedłem do wniosku, że na jedno ciasto potrzeba 1,5 kg jabłek. Czyli z naszej jabłkowej górki możemy zrobić… blisko pół miliarda ciast (ponad 450 mln). Niestety, nikt nie jest w stanie powiedzieć mi, jaką wagę ma przeciętne ciasto, więc w tym wypadku muszę odejść od jednostek SI.

Czy to rozwiązuje problem? Nie do końca – właściwie rodzi nowe…

Przepisy kulinarne pokazują, że z samych jabłek szarlotki się nie zrobi. Potrzebne są też inne składniki. Na przykład pięć żółtek na jedno ciasto. Do wypieku wszystkich ciast potrzebowalibyśmy ponad dwóch miliardów jaj. Przy zeszłorocznej produkcji około jedenastu miliardów jaj daje to ponad 20% krajowej produkcji. Albo więc nam gdzieś jaj zabraknie, albo będziemy mieć kury – stachanowców.

Do wypieku ciasta potrzeba też mąki. Tak na oko (jasne – na oko… z przepisu wzięte) pół kilograma. Łącznie – ponad dwieście dwadzieścia milionów kilogramów. Jakieś 9% naszej rocznej produkcji mąki. Ale prawdziwa jazda zaczyna się, gdy chcemy upiec ciasto tradycyjnie, jak nasza babcia. Czyli nie z użyciem margaryny, ale masła. Konkretnie – ćwierć kilo masła (trochę ponad jedną kostkę) na jedno ciasto. Do wypieczenia tejże gargantuicznej ilości jabłeczników zużylibyśmy ponad 112 milionów kg masła. Czyli dwie trzecie rocznej produkcji.

Chciałem jeszcze policzyć, ile mleka jest potrzebne na taką ilość masła i czy mamy tyle krów, ale nigdzie nie mogłem trafić na takie dane. Z pewnością jednak byłoby to zauważalne dla rynku mleczarskiego.

Co więc zrobić z jabłkową górką? Zostawić ją pod Grójcem, jako kolejny przykład upiększania polskiego krajobrazu? Liczyć na to, że Polacy zaczną jeść i pić blisko dwa razy więcej jabłek niż do tej pory? A może rozpijać pańszczyźnianych chłopów i resztę społeczeństwa cydrem? Lub przewrócić naszą ekonomię do góry nogami, piekąc jabłeczniki dla prawie każdego obywatela Unii Europejskiej?

No i nie zapominajmy o jednym – co będzie, jeśli uda nam się zagospodarować te wszystkie jabłka własnymi siłami, a za jakiś czas Putin zdejmie embargo? Albo wrócimy do bananów i ananasów, albo będziemy musieli skądś wyczarować nowe sady. Spokojnie, aby wyprodukować tyle jabłek, potrzebujemy raptem 13,5 kilometrów kwadratowych sadów. To mniej niż na przykład Sopot albo warszawskie Śródmieście.

Jeśli macie jakieś pomysły na rozwiązanie tych wszystkich problemów – piszcie śmiało. Ja tymczasem rozejrzę się za tymi jeżami…

* Jeśli nie rozumiesz tego akapitu – to wiem już, że jesteś na tyle młodą osobą, aby nie pamiętać kreskówek z lat 90. ubiegłego wieku.

Foto: Carmen Eisbär / CC BY-NC-SA 2.0